Apuseni, jaskinia lodowa i Oradea – rumuńskie początki

Oradea – (ex) węgierska brama do gór Apuseni

Rumunia była o tyle nieoczywistym wyborem, co jedynym sensownym podczas drugiego roku trwania pandemii. Ten kraj położony w południowo – wschodniej Europie, oparty o jej jedną z najdłuższych rzek – Dunaj, był jednym z niewielu kierunków, gdzie nie było konieczności ani testowania, ani tym bardziej szczepienia. Tej wolności podróżowania szukaliśmy, abym bez wahania poprosił o zgodę u szefa na zabranie firmowego „dostawczaka” znanej francuskiej marki na P. Jego pusta paka służyła nam jako wielka skrzynia, rodem z powieści Brama Stockera pt. Dracula, w której główny bohater przewozi ze sobą ziemię przodków z Transylwanii. My natomiast zapakowaliśmy na nią wszystkie niezbędne rzeczy do podróży, a pierwszym naszym przystankiem jest Oradea, która będzie naszą bramą do Gór Zachodniorumuńskich – Apuseni.

W Oradei meldujemy się tam po całym dniu drogi z Krakowa, najpierw jadąc trasą przez nasze Podkarpacie, a następnie przez Słowację i Węgry. Nie wybraliśmy najkrótszej trasy przez Ukrainę i tamtejszą Ruś Zakarpacką, ze względu na obostrzenia pandemiczne na granicy z naszym wschodnim sąsiadem. Na węgierskich autostradach jechaliśmy wyłącznie wyznaczoną trasą tranzytu, na której nie mogliśmy się zatrzymywać nawet na stacjach, nie licząc jednej, na której udało nam się zrobić małą przerwę na obiad. Po dotarciu na kemping Robinson, do którego jedziemy wąziutkim i stromym podjazdem, jesteśmy miło zaskoczeni miejscówką. Miły gospodarz wita nas po angielsku, oprowadza po sporym terenie i obiecuje powitalnego drinka.

Nie mając zbytnio czasu, gdyż zaraz będzie się ściemniać, stawiamy nasz namiot i po zostawieniu w nim naszych rzeczy, lecimy od razu na miasto. Jest z górki i blisko centrum, więc po kilkunastu minutach jesteśmy już nad rzeką Crișul Repede, która w tłumaczeniu na polski oznacza Szybki Keresz. Samo miasto jest położone tuż przy granicy węgierskiej, od której dzieli nas ledwie 13 km. Widać to po obecnych tutaj Węgrach, którzy stanowią prawie 1/3 mieszkańców. Jest dla nich ważnym miejscem, ponieważ w średniowieczu było miejscem pochówku królów, zasiadających na tronie św. Stefana. Samo miasto jest połączeniem ery socjalistycznych zabudowań z epoki Caucescu, dyktatora Rumuni będącego najbardziej ponurą postacią w historii tego kraju, a barokowo – secesyjnym nurtem architektury.

Oradea w remoncie

Z jednej strony światła na ulicach przypominają francuskie uliczki, a urokliwe wieżyczki na budynkach wyglądają jak z czasów bella époque sprzed I wojny światowej. Z drugiej mamy do czynienia z ciężkimi budynkami, wznoszonymi w czasach gdy krajem rządzili komuniści. Jednym z symboli późnego austriackiego baroku jest Pałac Oradea.

Księżyc na tle iglicy

Znajdują się tam szczątki króla św. Władysława, którego matką była córka naszego Mieszka II – Rycheza. Tak oto zawiłe losy naszych przodków plotły się z tym miastem od tysiąca lat. Nasz wzrok przykuwa jednak inna budowla, a mianowicie Kościół Księżycowy – Biserica cu Lună. W 1793 roku zamontowano na nim mechanizm umieszczony w iglicy. Siadamy w jednej z kawiarni, ulokowanych naprzeciwko zegara i położonej tuż obok przepływającej rzeki. Zamawiamy cydr i rozkoszujemy się pięknym zachodem słońca. W trakcie i po zachodzie na tle iglicy świeci księżyc, a w zasadzie jego połowa, co jeszcze bardziej dodaje uroku całemu miastu.

Kościół Księżycowy – Biserica cu Lună

Na sam koniec docieramy do Pałacu Czarnego Orła, który jest największym i najważniejszym budynkiem w mieście. Obecnie jest centrum życia towarzyskiego mieszkańców Oradei, jednakże my odwiedzamy to miejsce puste. Ma jednak sporo wspólnego z podobnymi pasażami restauracyjnymi i handlowymi, które zobaczymy później w Bukareszcie. Gdy za równo dwa tygodnie tu wrócimy, miejsce okaże się nie do poznania, tętniąc życiem towarzyskim i masą otwartych knajpek.

Pałac Czarnego Orła

Góry Bihor, jaskinia lodowa i niedźwiedzia, płaskowyż Padis

Nazajutrz pakujemy się do auta i zmierzamy w kierunku Gór Zachodniorumuńskich, z rumuńskiego nazywających się Apuseni, znajdujących się na zachód od Transylwanii, w wewnątrz Łuku Karpat. Najwyższym szczytem pasma jest Varful Bihor, po rumuńsku nazywany Curcubăta Mare, mierzący 1849 m n. p. m., na który zamierzamy wejść jeszcze dzisiaj. Naszym celem są także jaskinie: lodowa i niedźwiedzia.

Ta ostatnia – Peştera Urşilor, jest położona niedaleko płaskowyżu Padis. Najsłynniejsza rumuńska jaskinia została odkryta w latach 70 – tych XX wieku, podczas wydobywania marmuru w tutejszym kamieniołomie. Kupiliśmy dwa bilety i mogliśmy wejść razem z rumuńskojęzycznym przewodnikiem, oglądając kolejne niemówiące mi dużo nazwy takie jak: stalaktyty, stalagmity i stalagnaty.

Stalaktyty, stalagmity i stalagnaty w Jaskini Niedźwiedziej

Na szczęście jest to domena Kasi, która spokojnie mi tłumaczy, że są to kolejno: węglanowy nawis w formie odwróconego stożka, stożek i nawis w formie kolumny. W takiej scenerii pokonujemy 847 metrów chodnika, podczas gdy cała długość jaskini liczy 1500 metrów. Znaleziono w niej szczątki ok. 140 niedźwiedzi uwięzionych tutaj przed tysiącami lat. Na koniec docieramy do szkieletu niedźwiedzia jaskiniowego, który można zobaczyć zza ogrodzonym cmentarzyskiem. Ma on minimum 28 tysięcy lat, ponieważ przyjmuje się, że wtedy gatunek ten wymarł.

Niedźwiedzie cmentarzysko

Wracając powoli z jaskini jedyną tutaj i bardzo wąską drogą w kierunku płaskowyżu Padis, udajemy się do drugiej znanej rumuńskiej jaskini, to jest Jaskini Lodowej. Po stresującym stromym podjeździe za ledwo zipiącym tirem zatrzymujemy się w okolicach rezerwatu Groapa Ruginoasa – obok hotelu Perla Apusenilor. Do Rezerwatu stąd jest ok. 30-45 minut szlakiem prowadzącym lasem, u którego końcu rozciąga się spora polana. Za nią pojawia się przed nami ogromne skarpa, a zaraz za nią ogromne piaszczyste zbocze, powstające tu wskutek erozji spowodowanej strumieniami wody spływającej w czasie deszczu i wypłukującej warstwy kwarcu. Dzięki temu możemy podziwiać kolorowe odcienie poszczególnych fragmentów połaci ziemi. Jako że postępuje bardzo nagle, to nie można jej zatrzymać.

Groapa Ruginoasa
Geologiczna fascynacja Kasi

Kolejnym naszym przystankiem jest Jaskinia Lodowa. Miejsce to znajduje się na Valea Galbenă, na wysokości 1165 metrów. Docieramy tam z parkingu, mieszczącego się 15-20 minut drogi od jaskini. Tym razem jest to jaskinia, do której schodzi się metalowymi schodkami wijącymi się w dół, gdzie znajdujemy dwa pomieszczenia: Wielką Salę i Żywy Ogień. Ta pierwsza mieści w środku niezwykły lodowiec o powierzchni 25 000 m3, co czyni go trzecim co do wielkości w Rumunii.

Druga zaś została tak nazwana ze względu na stalagmity odbijające promienie słoneczne i powodujące tym samym wrażenie iskrzenia ognia. Lodowiec znajdujący się w Wielkiej Sali może nie topnieć przez cały rok, dzięki otwartej wnęce w suficie. Sprzyja ona zbieraniu się zimnego powietrza, zatrzymującego się w takim oknie z powodu braku wentylacji. Od przewodnika – tym razem mówiącego po angielsku – dowiadujemy się, że kiedyś miejscowym jaskinia służyła za swoistą lodówkę.

Zejście do Jaskini Lodowej
Wejście do Wielkiej Sali

Jadąc w kierunku kempingu, wyjeżdżamy spod jaskini bardzo zadowoleni, że w jednym dniu udało nam się zaliczyć kompletnie dwa różne typy jaskiń. Wyjeżdżając, podziwiamy z bliska urok górskiej wioski w Rumunii, gdzie czas się zatrzymał na działalności pastersko-rolniczej całkiem mi bliskiej osobiście dzięki wychowywaniu się na wsi. Co rusz na trasie spotykamy charakterystyczne kopy siana postawione na tzw. „rogolach” i podpierane kilkoma kijami dookoła. Stare drewniane chaty, z kolorowo wymalowanymi oknami i nadgryzioną zębem czasu blachą na ich poszyciu, stanowią idealne uzupełnienie prostej chłopskiej społeczności. Zjeżdżając z tej iście reymontowskiej krainy, jedziemy bardzo wąską i krętą drogą, przyzwyczajając się do patrzenia bardziej na to, co leży na asfalcie, niż na to, co po nim jedzie. W Rumunii na porządku dziennym są spadające kamienie na drodze, na które trzeba bardzo uważać, o czym sami przekonamy się w Fogaraszach.

Urocza chata w drodze powrotnej z Jaskini Lodowej

Cucurbata Mare czy Varful Bihor? Najwyższy szczyt Apuseni

Na koniec dnia wpadamy na pomysł wjazdu na Cucurbata Mare, ponieważ w sieci znajdujemy trasę prowadzącą na sam szczyt. Wydaje nam się to lekko podejrzane, zważywszy, że góra jest wyższa od naszej Babiej. Po krótkim namyśle ruszamy drogą prowadzącą najpierw asfaltem, a później lekkim szutrem. Z każdym kolejnym metrem droga robi się coraz bardziej kamienista i trudna do pokonania dla samochodu niebędącego terenówką, więc zatrzymujemy się w połowie drogi i idziemy z buta. Początkowo idziemy lasem, ale najwyraźniej dużą jego cześć już pokonaliśmy, ponieważ szybko wychodzimy na przepiękną połoninę, z której szczyt nie wydaje się już zbytnio odległy. Nic bardziej mylnego – na kolejnych metrach walczymy z czasem, jaki daliśmy sobie na osiągnięcie szczytu, tak aby zejść z niego jeszcze przed zmrokiem.

Wyścig z czasem na Cucurbata Mare
Rumuńskie połoniny

W niesamowitym jak na nas tempie zdobywamy połoninę, z której oprócz pięknych widoków, widać także drogę prowadzącą prosto na Varful Bihor, jak z węgierskiego nazywa się szczyt. W tym samym czasie widzimy jak grupa turystów na quadach, wraca ze szczytu drogą, którą mieliśmy dojechać samochodem. Zostawienie auta było jednak bardzo dobrą decyzją, ponieważ wjazd nie dałby nam takiej satysfakcji jak wejście! Sama góra odwdzięcza nam się pięknie zachodzącym słońcem, na tyle wysoko widniejącym jeszcze na niebie, aby zdążyć, zejść do samochodu przed zmrokiem. Na szczycie powiewa flaga Rumunii, a widok ten jeszcze kilka razy powtórzymy na naszym szlaku górskimi pasmami tego kraju.

Cucurbata Mare – 1849 m n. p. m.

Schodząc, uwijamy się jeszcze szybciej, niż wchodząc, dlatego udaje nam się wrócić do samochodu przed zmrokiem. Jedynie ślad łapy zostawionej na pace w okolicach klamki do drzwi, sugeruje nam próbę włamania przez największego mieszkańca okolicy, dlatego szybko wsiadamy do środka i w pośpiechu odjeżdżamy. Mimo najszczerszych chęci nie możemy jednak zjechać szybciej niż 10-20 km, ze względu na drogę, a jeszcze większą ostrożność wzbudza u mnie widok stojącego Włocha, którego towarzysz miał wypadek na quadzie. Nie dopytujemy nawet, co się stało, pragnąc jak najszybciej zjechać w dół. W miejscowości Gârda de Sus odnajdujemy całkiem sensowny Camping la Danut, w którym spędzamy noc. Przyjeżdżamy tutaj już po ciemku, więc dopiero nad ranem zobaczymy cudowną skromność tego biwaku – mała kuchnia, nowo oddane sanitariaty, pole namiotowe, a w tle suszące się siano na kopach. Słowem sielanka. I taka właśnie będzie dla nas Rumunia przez następne kilkanaście dni, o czym w kolejnych postach! Ciao!

Okolice Camping la Danut

Zobacz inne nasze wyprawy:

Kungsleden – Szlak Królewski w Laponii na północy Szwecji

Lofoty – Jak dojechać i co zobaczyć w 4 dni

Podobne wpisy