Podróż ze szwedzkiej Laponii na norweskie Lofoty przez Narwik
Ze Szwecji na Lofoty
Nikkaluokta – Kiruna
W ten sam dzień, w którym zakończyliśmy naszą wędrówkę po Kungsleden, wyruszyliśmy w kierunku następnego celu, jaki mieliśmy na swojej wyjazdowej liście. Wybraliśmy Lofoty – archipelag leżący na północy Norwegii, na kole podbiegunowym. Zanim tam dotarliśmy, musieliśmy złapać stopa z Nikkaluokty, o czym pisałem, kończąc ostatni odcinek z relacji przejścia Szlaku Królewskiego – Kungsleden.
Para Duńczyków, która wzięła nas na pierwszego podczas tego wyjazdu stopa, zawozi nas do najbliższej większej miejscowości na wschód – górniczej Kiruny, zostawiając nas na obwodnicy miasta. Pierwszy autostop w Skandynawii minął nam bardzo przyjemnie i rozmownie – szczególnie dotyczy to Dunki siedzącej na fotelu pasażera, która starała się podtrzymywać wspólny temat pogawędki – jej mąż raczej milczał, skupiając się na jeździe. Pani była bardzo podekscytowana rozmową, ponieważ jej macierzysta firma, w której pracuje, posiada placówkę w Polsce pod Łodzią, gdzie nawet nasza rozmówczyni miała okazję przebywać podczas swojej krótkiej wycieczki do Polski. Żegnając się na drodze wyjazdowej z Kiruny do Narwiku, widzimy na ich twarzach lekkie przerażenie, że mimo późnej pory chcemy dostać się do tego norweskiego miasta, położonego ponad 170 kilometrów od Kiruny.
Idąc w kierunku centrum, uzupełniamy swoje zapasy w pierwszym sklepie, jaki pojawił się na naszej drodze – jesteśmy spragnieni zwłaszcza soków, gdyż nie mieliśmy nic orzeźwiającego w ustach (oprócz piwa) od wyjazdu tydzień wcześniej z Polski. Po ugaszeniu pragnienia dochodzimy do centrum, w międzyczasie próbując złapać stopa. Niestety, jest to miasto sprawiające wrażenie opustoszałego i tak samo jest z ruchem na ulicach. Być może ma to związek z planami przeniesienia miasta ze względu na okoliczne kopalnie i złoża rudy żelaza, przez co mieszkańcy mają być relokowani o 3 km dalej na…dawne wysypisko śmieci! Więcej o tym ciekawym wątku możecie przeczytać tutaj.
Kiruna – Riksgränsen
Po przejściu centrum tego „zapadajacego” się miasta dochodzimy do drogi wyjazdowej E10, gdzie po chwili zatrzymuje się młody Szwed, który odpowiadając na nasz wyciągnięty kciuk. Razem zmierzamy w kierunku przejścia granicznego Riksgränsen, do którego jedzie odwiedzić znajomych. Kierowca okazuje się bardzo rozmowny i szybko znajdujemy wspólne tematy, począwszy od jego pracy jako przewodnika górskiego i instruktora narciarstwa, przez jego ulubione miejsca w Szwecji, kończąc na analizie stanu psychicznego Skandynawów podczas długiej i ciemnej zimy. Momentami nasz rozmówca mimo swej wrodzonej, północnej surowości charakteru potrafi nas rozbawić, zwłaszcza opowiadając nam żart o wiecznie pochmurnych Finach, którzy są dla nich synonimem zimowej depresji, podczas której popełniają falę samobójstw topiąc się w tamtejszych jeziorach w swojej melancholii – cóż, czarny humor chyba wszędzie ma swoich lepszych lub gorszych amatorów.
Zgodnie z zapowiedzią kierowcy w połowie drogi zbaczamy z trasy i trafiamy do małej wsi, gdzie stajemy obok charakterystycznego białego drewnianego domu, charakterystycznego dla tutejszych zabudowań, wyglądającego jakby był obity popularnym kiedyś w Polsce sidingiem. Obok domu palił się grill, przy którym znajomi naszego kierowcy rozpoczynali nadchodzący właśnie weekend. Mieliśmy tutaj podjechać, aby nasz kolega podrzucił swoim znajomym jakieś cenne rzeczy przywiezione z Kiruny. Wyciągając pakunek z samochodu, okazuje się nią być jakaś dziwna, czarna paczuszka przypominająca raczej „działkę” niż coś kupionego w sklepie. Po powrocie kierowcy pytam go przekornie, śmiejąc się pod nosem, o ten „handel”. Oczywiście zaprzecza, również się śmiejąc i tłumaczy nam, że przywiózł jakieś specjalne farby, które ciężko dostać gdzieś w tej okolicy. Kasię i mnie słabo to przekonuje, ale nie drążymy tematu, ciesząc się drogą i podziwiając ogromne jezioro polodowcowe Torneträsk i wyłaniające się za nim góry, leżące już za granicą norwesko-szwedzką.
Biwak w Riksgränsen
Po około 2 godzinach jazdy, wysiadamy koło sklepu przed samym przejściem granicznym, zaraz pod znaną nam stacją kolejową, przez którą tydzień wcześniej przejeżdżaliśmy po drodze do Abisko. Zaraz za nią, na południu znajduje się stok narciarski, a na północ mamy widok na jezioro Vassijaure. Decydujemy się na nocleg w tym klimatycznym miejscu pod namiotem, a na kolejny dzień planujemy łapać stopa lub pojedziemy pociągiem w kierunku Narwiku. Na miejsce biwaku wybieramy wzgórze, które polecił nam nasz rozmówca ze Szwecji i po krótkim obmyciu się wodą z kranu przy sklepie, kładziemy się szybko w namiocie – nawet nie ze względu na zmęczenie, a bardziej komary, dające tutaj mocniej popalić, niż to było na Szlaku Królewskim. Mimo to otwieram na chwilę namiot i robię zdjęcie pojawiającemu się na moment zachodowi, świetnie widocznego z miejsca naszego biwaku, wysoko położonego nad ulicą.

Riksgränsen – Narwik
Rano budzimy się wcześnie, aby zdążyć ogarnąć się i zjeść na ławkach, znajdujących się obok sklepu, przed którego otwarciem, zaplanowanym na 9. W trakcie naszego śniadania na pusty parking przed sklepem podjeżdża samochód, więc wracając ze zmywania naczyń, zagaduję kierowcę o przejazd do Narivku. Zaskoczony, młody mężczyzna pośpiesznie się zgadza, ale tłumaczy, że musimy na niego trochę poczekać, gdyż chce zrobić jeszcze zakupy przed wyjazdem. Oczywiście odpowiadam, że nie ma najmniejszego problemu i biegnę do Kasi poinformować ją, że nie musimy czekać na pociąg.
Po spakowaniu naszych rzeczy chwilę rozmawiam z nieznajomym, który najpierw przedstawia się jako Rumun, a później okazuje się Mołdawianinem. Mimo geograficznej i kulturowej bliskości obu krajów, byłem nieco zaskoczony tą nagłą zmianą. Być może żyjąc i pracując przy układaniu płytek w Norwegii, łatwiej mu było wytłumaczyć Skandynawom położenie większego kraju, jakim jest Rumunia, niż jej mniejszej sąsiadki. Po zakupach wyruszamy w kierunku Narviku, oddalonego od granicy o około 40 km i wjeżdżając do niego od wschodu, rezygnujemy z przejazdu od północy płatnym mostem Hålogalandbrua. Po drodze, początkowo spięty naszą obecnością i słabo mówiący po angielsku Mołdawianin, wyraźnie się rozkręca, puszczając głośniej muzykę oraz częstując nas papierosami. W międzyczasie rozmawiamy m.in. o jego wcześniejszym pobycie we Włoszech oraz pasji do wędkarstwa, jaką wyniósł, mieszkając nad rodzimym Dniestrem. Po niecałej godzinie jazdy zostawia nas na przystanku w okolicy wspomnianego mostu, a sam oddala się do centrum miasta.
Po przebrnięciu ulicy na drugą stronę, chwilę czekamy na przystanku, po czym zauważamy jadący autobus z napisem „Lofoten”. Mimo że chcieliśmy łapać stopa, to jednak wolimy jak najszybciej wyjechać z miasta, więc wsiadamy do autobusu o numerze 300. Dojedziemy nim do stolicy Lofotów – Svolvaer, płacąc łącznie 386 koron norweskich (za bilet cały i ulgowy – studencki).

Z Narwiku na Lofoty
Po drodze zachwycamy się kolejnymi mostami, wysepkami, zatokami, graniami, domkami i cały archipelagiem! Czujemy się przez chwilę jakbyśmy byli w Tatrach wyrastających prosto z oceanu! Pogoda nas przy tym rozpieszcza, cały dzień będac bezchmurną i słoneczną, a autobus raz po raz pokonuje ostre zakręty, wijące się serpentyny, wymagające wzniesienia i długie mosty nad kolejnymi fjordami. Na trasie z dworca autobusowego w Narivku do końca archipelagu są 103 przystanki, więc nie ma obaw, że będzie on szybko gnał przed siebie i nie zdążymy zobaczyć najpiękniejszych punktów na trasie.

Jest na niej także bardzo dużo rowerzystów, którzy korzystają ze świetnie przygotowanej drogi E10, nazywanej Narodową Drogą Turystyczną, biegnącą wzdłuż całego archipelagu i oddaną do użytku w pierwszej dekadzie XXI wieku. Po prawie czterech godzinach jazdy docieramy do Svolvaer i natychmiast widzimy, że jest to największe miasto Lofotów – oglądamy masę turystów, krzątającą się pomiędzy kolejnymi przyjeżdzającymi i odjeżdżającymi autobusami oraz taksówkami. Po zabraniu naszych bagaży uciekamy od tego zgiełku w kierunku dużego marketu, w którym kupujemy coś do picia, a następnie idziemy za miasto, znaleźć dobre miejsce na łapanie stopa. Wybieramy przystanek autobusowy, zaraz przy wyjeździe z centrum, wystawiamy naszą karteczkę z napisem „Reine” – jednej z ostatnich miejscowości na Lofotach i zaczynamy robić…obiad.

Narwik – Svolvaer – Leknes – Å
Po zjedzeniu posiłku w upalnym słońcu, na przemian staramy się złapać kogokolwiek. Niestety mimo dużego ruchu samochodów jadących na zachód, nikt się nie zatrzymuje, a do tego zaraz za nami ustawia się jeszcze jeden autostopowicz – jakaś dziewczyna w średnim wieku. Denerwuje nas to, ponieważ byliśmy wcześniej w tym miejscu i sądziliśmy, że niepisanym autostopowym savoir-vivre jest ustawianie się w wolnych miejscach, a nie w tych, gdzie ktoś już stopuje. Na dodatek, udaje się jej wcześniej złapać jakiś samochód, a do nas w tym czasie podjedża autobus, jadący w kierunku następnej większej miejscowości na trasie E10 – Leknes.
Równie szybko, jak w Narwiku decydujemy się na skorzystanie z tej możliwości, płacąc za nią w sumie 150 koron. Svolvaer jest nazywany bramą Lofotów i coś w tym musi być, ponieważ za nim archipelag się zwęża, serpentyny robią się coraz bardziej kręte, a mosty wiszące pomiędzy kolejnymi mijanymi wyspami – coraz dłuższe. Po około 1,5 godziny jazdy docieramy do Leknes, gdzie ponownie przesiadamy się do kolejnego autobusu, tym razem jadącego już bezpośrednio do ostatniej miejscowości archipelagu, o najkrótszej nazwie świata – Å, wymawianego jako ”u”. Jest to najtańszy przejazd na naszej dzisiejszej trasie, kosztujący 105 koron za dwie osoby.
Jadąc do Å, z każdym kilometrem czujemy coraz większe podniecenie, zachwycając się lekko zachodzącym słońcem nad Morzem Norweskim i kolejnymi serpentynami, pokonywanymi z trudem przez nasz autobus. Ostatnie kilometry spędzamy ze wbitym w szybę wzrokiem i dłońmi zaciśniętymi na naszych telefonach, aby być w każdej chwili być gotowym na ujęcie oszałamiającego kadru. Końcowa trasa jest bardzo wąska i kręta, przez co autobus wyraźnie zwalnia i na miejsce docieramy już wieczorem, po półtorej godziny od wyjazdu z Leknes.

Å – Brygga Restaurant
Na niewielkim parkingu obok budynku z informacją turystyczną autobus kończy swoją trasę, a my zabieramy nasze rzeczy i cieszymy się, że udało nam się pokonać całą zaplanowaną drogę! Po krótkim przepakowaniu udajemy się jak najdalej na zachód, docierając po kilkunastu minutach do skał położonych nad morzem, z widokiem z jednej strony na wyspę Vaeroy na południu, a z północy otoczonej strzelistymi graniami.

Po krótkiej sesji zdjęciowej i rekonesansie biwakowym udajemy się do jedynej miejscowej restauracji o nazwie Brygga Restaurant, gdzie po dłuższym oczekiwaniu na kelnerkę, podchodzi do nas dziewczyna, mówiąca charakterystycznym akcentem. Po chwili zaczynamy mówić po polsku, gdyż widzimy na jej plakietce imię Weronika – nasza rodaczka okazuje się pochodzić z Sosnowca. Staramy się ją wypytać o okolicę, zwłaszcza o miejsce na nocleg, ponieważ w całym Å nie można skorzystać z Allemannsretten (prawa do rozbicia się gdziekolwiek w odpowiedniej odległości od budynków), a jedyny w miarę nadający się teren widzieliśmy na wschodnim brzegu jeziora Ågvatnet.
Potwierdza nasze przypuszczenia dotyczące tego terenu i uspokaja, że mimo panującego zakazu można się rozbić w tamtym miejscu bez problemu. Oprócz tego poleca nam plażę Kvalvika, bardzo ją komplementując, natomiast z obowiązku wymienia popularną ze zdjęć Reinebringen, którą określa mianem „Kasprowego” Lofotów. Dziękując ze wszelkie propozycje i wskazówki zamawiamy piwo i startery – zupę rybną oraz brzuszki z dorsza. Mimo sporego ruchu w restauracji znajdującej się pośród rybackich doków i łodzi, swoje zamówienie dostajemy bardzo szybko. Na zmianę częstujemy się potrawami, które w równym stopniu wprowadzają nas w prawdziwy zachwyt – nigdy nie jedliśmy tak dobrej zupy, a popularny na całym archipelagu dorsz wprost rozpływał się w ustach!

Regulując rachunek, prosimy kelnerkę o pochwalenie kucharza w naszym imieniu. Dziękując, tłumaczy nam, że szefem kuchni jest również Polak i na pewno z zadowoleniem przyjmie komplementy płynące od swoich rodaków. Mimo że nie najedliśmy się do syta samymi starterami, to jeszcze długo będziemy wspominać ten posiłek. Zdecydowanie warto polecić tę restaurację i jeżeli będziecie głodni w Å, a nie będzie was ograniczał budżet tak jak nas, to śmiało możecie tutaj napełnić swoje żołądki.

Nocleg nad jeziorem Ågvatnet
Wracając z posiłku, idziemy na wspomniane wcześniej jezioro Ågvatnet, znajdujące się na zachód od miasteczka, oddzielone od niego małym wzniesieniem i otoczone dookoła skałami. Po przejściu przez bardzo mokry i grząski teren, dłuższą chwilę zastanawiamy się nad wyborem odpowiedniego miejsca. Wszędzie porastał mech wokół skał, które skutecznie zatrzymywały wodę przed wsiąknięciem do gruntu. Nieco niżej, przy samej tafli jeziora spostrzegamy już jeden rozbity namiot, jednak chcemy mieć troszkę intymności i rozbijamy się na miarę suchej powierzchni naprzeciwko głównej grani, gdzie jesteśmy otoczeni wzniesieniami, zarówno od morza, jak i od zabudowań.
Oczywiście nie mogę nie skorzystać z biskości wody i robię szybką kąpiel w lodowatej wodzie – wprawdzie nie jest aż tak krystalicznie czysta jak w Szwecji, to po całym dniu jazdy ani trochę mi to nie przeszkadza. Zamykając namiot, podziwiamy raz jeszcze wspaniałą okolicę, w której przyszło nam dziś spać. Przemierzyliśmy dzisiaj cały archipelag ze wschodu na zachód, więc od jutra pozostaje nam wracać w stronę Narwiku, odwiedzając w te pozostałe nam kilka dni kolejne miejscowości na tym magicznym archipelagu.


