Kebnekaise – wejście na najwyższy szczyt Szwecji (2097 m n.p.m.)
- Skąd zacząć wejście na najwyższy szczyt Szwecji Kebnekaise?
- Wejście na Kebnekaise doliną Kittelbacken przez Vierranvarri
- Kebnekaise, wejście na najwyższy szczyt Szwecji z Kaffedalen
- Powrót z wierzchołka południowego Kebnekaise do schroniska
Skąd zacząć wejście na najwyższy szczyt Szwecji Kebnekaise?
Najpopularniejsze wejście na najwyższy szczyt Szwecji, Laponii i europejskiej strefy polarnej mierzący 2097 m n.p.m. Kebnekaise zaczyna się w Nikkoluokcie, a cała trasa liczy 29 kilometrów. Najlepiej jest przenocować w Stacji Górskiej Kebnekaise, skąd do szczytu jest już tylko 10 kilometrów i zacząć wejście wcześnie rano. My będąc już w schronisku, budzimy się tuż przed siódmą, aby mieć zapas czasu. Pamiętamy relację Niderlandek spotkanych na trasie do schroniska w Singi, które spędziły na szlaku 14 godzin, dlatego zbieramy na szlak w 2 godziny.

Na drogę bierzemy batony, chałwę, kabanosy, wodę i małe bułeczki zakupione wcześniej w sklepiku na recepcji. Pogoda dopisuje, mimo że jeszcze wczoraj w drodze do schroniska Kebnekaise hulał bardzo mocny wiatr. Według prognoz na najwyższym szczycie Szwecji mają być przejaśnienia w okolicy godziny 14. O tej porze planujemy już wejść na Kebnekaise. Jej lapońska nazwa to Giebnegáisi – „giebne” oznacza kocioł, natomiast „gáisi ” to szczyt lub wysoka góra. A więc ruszamy do na szczyt kotła!
Rozpoczynając wejście na Kebnekaise, dźwigamy dużo lżejsze plecaki, niż w poprzednich dniach, co nas bardzo cieszy. Po wyjściu ze schroniska idziemy tą samą ścieżką, którą pokonywaliśmy wczoraj. Następnie, wchodząc do brzozowego zagajnika, odbijamy w prawo, kierując się na północny zachód w stronę doliny Kittelbacken. Wypływająca z niej rzeka o tej samej nazwie łączy się wysokości schroniska z rzeką Laddjujohka. Jej dolinę mamy przyjemność podziwiać po raz kolejny, tym razem przy dużo lepszej pogodzie. Jest naprawdę piękna!

Naszą pierwszą, naprawdę poważną przeszkodą, ponownie okazuje się przeprawa przez potok, wzdłuż którego biegnie alternatywny szlak na najwyższy szczyt Szwecji. Prowadzi przez lodowiec Bjorlings, nazwany tak na część Johan Alfreda Bjorlinga, który w 1889 roku, jako pierwszy Szwed zdołał wejść na Kebnekaise. Miał wtedy ledwie 17 lat. Wcześniej w 1883 szczyt zdobył francuz Charles Rabot. Ze względu na brak sprzętu decydujemy się na przejście najpopularniejszym, ale też zarazem najbardziej męczącym szlakiem przez szczyt Vierranvarri (1709 m n.p.m.) .

Wejście na Kebnekaise doliną Kittelbacken przez Vierranvarri
Początek wejścia do doliny Kittelbacken jest trudny, ponieważ przejście przez potok nie przebiega szczęśliwie. Przeskakuję z jednego kamienia na drugi i… wpadam jedną nogą do lodowatej wody. W lekkiej panice pośpiesznie ją wyciągam, aby uchronić wnętrze buta przed zalaniem. Moja wspinaczka byłaby przez to trudniejsza, gdyby nie wełniane skarpetki, które świetnie chronią moją stopę przed wilgocią. Po kolejnych kilkuset metrach docieramy do centrum doliny Kittelbacken, skąd można dostrzec zamglony masyw Kebnekaise.

Idąc wzdłuż rzeki Kittelbacken wypływającej z lodowca Bjorlings, wychodzimy tuż pod nim. Przechodząc most nad rzeką, możemy podziwiać cudowny widok na coraz bardziej widoczny masyw najwyższej góry Szwecji. Samo miejsce przypomina trochę widok z Morskiego Oka, tyle że zamiast jeziora jest lodowiec, a w miejsce Rysów Kebnekaise. Jak na dłoni widać jaką ciężką trasę mamy jeszcze do pokonania. Najpierw musimy wejść na Vierranvarri, by następnie zejść na przełęcz Kaffedalen, skąd znów czeka na nas solidne podejście w górę.

Oglądając się za siebie, podziwiamy jeszcze raz doliny Kittelbacken i Latjovagge, skąpane w promieniach słońca, które jeszcze wczoraj stanowiły epicentrum huraganu. Za mostem idziemy w górę po kamiennych schodach. Jak mniemam, zostały one ułożone przez Szerpów, podobnie jak droga prowadząca na popularną górę Reinebringen na Lofotach, na którą będziemy się wspinać za tydzień. Tym razem obchodzimy szczyt Tolpagorni do północy, kierując się na przełęcz pomiędzy nim a szczytem Vierranvarri. Stamtąd droga prowadzi prosto na Kebnekaise.


Z przełęczy ruszamy w kierunku bardzo ostrego podejścia na Vierranvarri. Dzięki dwukrotnemu przejściu przez tę górę suma przewyższeń na trasie wyniesie ponad 1500 m! Na szczyt idzie sporo ludzi, więc spotykamy znajome twarze. Są pieski „husky„, które towarzyszą nam od odcinka do schroniska Salka. Jest także para, która spotkaliśmy podczas biwakowania w Siellajokhce. Będąc już na szczycie, znajduję zardzewiały piecyk. Może Szerpowie gotowali na nim nepalską herbatę? Schodząc, jest bardzo stromo, a kamieniste podłoże mocno niestabilne.

Kebnekaise, wejście na najwyższy szczyt Szwecji z Kaffedalen
Ostatni odcinek wejścia na Kebnekaise rozpoczynamy przełęczy Kaffedalen (Dolina Kawy), ale niestety nic na niej nie widzimy, ponieważ jest spowita gęstą mgłą. Czeka nas długie podejście, ale na szczęście mniej strome niż poprzednie. W jego połowie dochodzimy do starego, drewnianego schronu wybudowanego jeszcze w latach sześćdziesiątych XX w. Robimy w nim krótką przerwę, by następnie wyjść na wielkie rumowisko, gdzie po lewej stronie mijamy nowy schron z 2016 roku.

Po następnych kilkunastu metrach wyłania się bajeczny wprost widok jak w jakiejś baśni Andersena. Widzimy śnieżną kopułę otulającą wierzchołek. Stanowi jedyny śnieg na naszej dzisiejszej trasie. Pokryty czapą lodowca szczyt najwyższej góry Szwecji mieni się przed nami w ostrym słońcu. Właśnie w tym momencie wyszło ono zza chmur, kompletnie je przeganiając, jakby na nasze życzenie. Ubieramy szybko raczki i ostrożnie ruszamy na ostatni etap naszego wejścia na Kebnekaise.

Robimy kilkadziesiąt kroków, sprawdzając przyczepność, ale raczki dają radę, choć przy samym szczycie pomagamy sobie trochę rękami. Idziemy tam na czworaka, ale w końcu udaje nam się jakoś doczołgać na grań! Zdobywamy najwyższą górę Szwecji, Laponii i europejskiej strefy polarnej – Kebnekaise! Na szczycie jesteśmy sami, a przed nami stoją jedynie wbite w śnieg kijki trekkingowe. Za nimi jest już tylko północny wierzchołek. Przed oczami mienią się nam błyszczące w słońcu kryształki lodu niczym w Królestwie Narnii! Zdobyliśmy Kebne!

Powrót z wierzchołka południowego Kebnekaise do schroniska
Po krótkim wylegiwaniu się na południowym wierzchołku Kebnekaise wpadam na pomysł, aby zjechać z najwyższego szczytu Szwecji wyżłobioną w śniegu rynną. Kasia decyduje się nakręcić całe zdarzenie. Było to dla mnie małe wyzwanie, gdyż po lewej stronie miałem przepaść schodzącą bezpośrednio do lodowca. Sam przejazd był prawdziwą frajdą w tych warunkach. Czułem się jakbym, był na jakimś torze bobslejowym. Rozwinąłem nawet niezłą prędkość, ale wszystko zgodnie z zasadami bezpieczeństwa:
Pod szczytem zatrzymujemy się, aby zdjąć raki i spotykamy Szweda z polskimi korzeniami, świetnie mówiącego w naszym języku. W rozmowie z nim okazuje się, że nie weszliśmy na najwyższy wierzchołek Kebnekaise! Ocieplenie klimatu spowodowało zmniejszenie się wierzchołka południowego o kilka metrów, przez co jest on teraz o metr niższy od wierzchołka północnego. Metr! Spoglądam jeszcze raz za siebie. Wierzchołek północny był kompletnie zamglony, a grań bardzo wąska, więc mimo wszystko rezygnuje z jej przejścia.
Dopiero teraz po prawej stronie obok nowego schronu, dostrzegam szlak wiodący ze schroniska Singi. Mijam go z uczuciem ulgi, że nie poszliśmy nim z całym ekwipunkiem. Bez tego wejście na Kebnekaise zabrało nam mnóstwo sił, a musimy jeszcze wrócić do schroniska. Sam powrót przebiega jednak szybko i sprawnie, dobra pogoda się utrzymuje, chociaż sam szczyt pogrążył ponownie w chmurach. Schodząc w dół z najwyższego szczytu Szwecji, robimy jeszcze parę zdjęć, głównie na szczycie Vierranvarri, na który ponownie musieliśmy wejść.


Po zejściu z Vierranvarri odpoczywamy chwilę, kręcąc filmik, na którym Kasia, objaśnia powstawanie lodowców, mając w tle jeden z nich, czyli Bjorlings. Był to lodowiec fieldowy, typowy dla Skandynawii, charakteryzujący się tym, że zajmuje spłaszczony szczyt góry lub płaskowyż, a jego jęzory spływają w różnych kierunkach. Od tego momentu, praktycznie bez żadnej większej przerwy schodzimy w dół do schroniska pod Kebnekaise. W schronisku jesteśmy około godziny 18, więc cała droga zajęła nam 9 godzin! Jutro ostatni etap trasy – Nikkoluokta!




