Trasa Transfogarska z Alba Iulia i pierwsze rumuńskie misie
Alba Julia – przez byłą rzymską prowincję do Gór Fogaraskich
Wyjeżdżając z Apuseni, opuszczamy północno – zachodnią Rumunię kierując się w jej centrum, mamy na celowniku kolejną atrakcję tego kraju, jaką niewątpliwie jest Trasa Transfogarska. Jednak zanim się tam zameldujemy, jadąc wąskimi i krętymi drogami, wijącymi małymi rumuńskimi wsiami, docieramy do miasta położonego nad rzeką Maruszą – Alba Iulia.
Wspominana już przez Ptolemeusza osada, stanowiła bardzo ważny ośrodek Dacji – jednej z prowincji starożytnego Rzymu. W tutejszym forcie Apulum stacjonował XIII legion rzymski. Obecnie zamieszkiwana jest przez prawie 60 tysięcy mieszkańców i jest mieszanką starych rzymskich budowli, a także posiada habsburskie wpływu.
To tutaj 1 grudnia 1918 ogromna rzesza Rumunów zebrały się, aby być świadkiem proklamacji przyłączenia węgierskiego Siedmiogrodu i Banatu do swojego państwa. Do dzisiaj ten dzień stanowi datę obchodów Dnia Niepodległości w Rumunii, choć sama inkorporacja i ilość uczestników wiecu jest przedmiotem sporu z Węgrami.
My skupiliśmy się na samym starożytnym centrum, gdzie z parkingu idziemy na tzw. górne miasto, do znajdującej się tam cytadeli Alba Carolina. Wzniesiona w stylu Vauban (od nazwiska francuskiego inżyniera wojskowego) z siedmioma bastionami w kształcie 7-ramiennej gwiazdy.
Alba Iulia – najważniejsze atrakcje
Jedną z głównych atrakcji jest Katedra Koronacyjna, wybudowana w bizantyjskim stylu. Na jego dziedzińcu odbyła się koronacja pary królewskiej na władców Wielkiej Rumunii, utworzonej po zakończeniu II wojny światowej i przejęciu dużej części Węgier przez Rumunów. Obok Katedry znajduje się także dzwonnica.


Przechodząc przez jej bramy, idziemy w kierunku Katedry św. Michała, wybudowanej w stylu romańsko – gotyckim. Tę świątynię rzymskokatolicką wzniesiono w XI w., jednak po najeździe tatarów w XIII w. i zniszczeniach przez nich dokonanych, nastąpiła odbudowa, której efekty widzimy obecnie.



Idąc dalej, docieramy do Pałacu Książąt, będącego rezydencją książąt Siedmiogrodu. Przed pałacem stoi pomnik jednego z nich – Michała Walecznego na koniu, a sama budowla pałacu wykonana jest w renesansowym stylu. W cytadeli co jakiś czas natrafiamy na historyczne posągi zarówno mieszczan, jak i żołnierzy stacjonujących tutaj w czasach habsburskich. Wychodząc ulicą imienia byłego wojewody, a później księcia Siedmiogrodu, dochodzimy do Dolnego Miasta przez bramę nr III. Nazywana bramą Karola wiedzie nas do pomnika Horea, Cloșca i Crișan, który to obelisk upamiętnia powstanie chłopskie z XVIII wieku, na czele, którego stała cała trójka.


Wracając do dolnego miasta, odwiedzamy fontannę kinetyczną, cokolwiek to oznacza. Robiąc sobie zdjęcia na jej tle, człowiek wygląda trochę jak w Miami. Albo bardziej w kubańskiej Hawanie, głównie ze względu na socjalistyczną zabudowę bloków za naszymi plecami.
Z Alby Julii wyjeżdżamy autostradą A1 najpierw w kierunku podmiejskiego miasteczka Sebes, a później Sybina, gdzie natrafiamy na roboty drogowe i związane z nimi korki. Wydostając się w końcu z miasta, odbijamy na wschód tutejszą drogą krajową numer jeden, skąd za miastem Scoreiu, skręcamy w prawo na drogę krajową 7C. Na trasę transfogarską.
Trasa Transfogarska – kiedy otwarta?
Kiedy otwarta jest Trasa Transfogaraska w tym roku? To pytanie musieliśmy sobie zadać przed wyjazdem do Rumunii, ze względu na wysokość, jaką posiada druga najwyższa droga Rumunii. 2042 m n.p.m. ustępuje tylko wysokości najwyższego punktu Transalpiny, którą także mamy w naszym planie.
Wybudowana w latach 1970 – 1974 roku, jako awaryjna droga dla dyktatora Caucescu, miała być trasą ucieczki rumuńskiego komunisty w razie sowieckiej inwazji, której bał się po wydarzeniach w Czechosłowacji parę lat wcześniej. W swojej gigantomanii przyczynił się więc do powstania 151 km trasy w dolinie polodowcowej, w Górach Fogaraskich, od których droga wzięła swoją nazwę, w tym najdłuższego tunel Rumunii liczącego 884 m.

We wrześniu jesteśmy na niej miesiąc przed zamknięciem, przypadającym na październik (lub listopad), które zależnie od warunków trwa do maja, a nawet czerwca. Chcieliśmy skorzystać z tej możliwości, aby przedostać się w ten sposób na południową stronę rumuńskich Karpat, skąd w następny dzień będziemy wchodzić na najwyższy szczyt Fogaraszy. Nie będzie jednak tak łatwo, ponieważ trasa postawi trudne warunki, a my będziemy zmuszeni do zmierzenia się z jej „niespodziankami” dla nas.
Trasa Transfogarska, wodospad i jezioro Balea

Na razie przez pierwsze kilkadziesiąt kilometrów oglądamy góry Fogaraskie z dystansu, ale bardzo szybko zaczynamy nabierać wysokości przy pierwszych serpentynach i tunelach na drodze. Przed nami jeszcze ponad 800 kładek i 20 kilka wiaduktów. Pokonując kolejne metry, docieramy do stacji kolejki prowadzącej na jezioro Bâlea oraz schroniska Bâlea Cascada Hut. Korzystamy z parkingu i chcemy się przejść to sąsiedniego wodospadu, również o tej samej nazwie, jak jezioro. Po pół godziny drogi i pokonywania kolejnych skałek i potoków jesteśmy na miejscu. Przed nami największy schodkowy, czyli wielopoziomowy wodospad.
Po powrocie z wodospadu ruszamy z parkingu. Droga robi się coraz bardziej stroma, a zakręty nabierają coraz większej krętości. Do tego dochodzi coraz bardziej opadający licznik paliwa, co wprawia mnie w niepokój, czy uda się dojechać na przełęcz, skąd łudzę się, że będzie już, nomen omen, z górki. Nie znajdę przecież stacji na wysokości ponad 2000 metrów!
Podążając kolejnymi serpentynami, doceniamy rozmach przedsięwzięcia, które tutaj podjęły komunistyczne władze Rumunii. Powyżej 1600 metrów robotnicy mieli do czynienia z alpejskimi warunkami, które pochłonęły kilkuset z nich, chociaż oficjalnie mówi się o 40 ofiarach budowy. Gdy odsłania się przed główną serpentyną, a niebo pokrywają gęste chmury, widzimy jej monstrualny charakter, będący prawdziwym wyzwaniem!


Na miejsce docieramy wystarczającą ilością paliwa, więc z ulgą na sercu zatrzymujemy się na płatnym parkingu i próbujemy się przedrzeć przez tutejsze małe „Krupówki”. Idziemy w kierunku jeziora i położonego nad nim schroniska. Wychodząc na górkę za nim, widzimy w pełni ogromnego „asfaltowego węża”, który wije się przez całą dolinę, a po jej środku pas ciągnących się słupów energetycznych. Docieramy również na pobliskie polodowcowe jezioro Balea. W 2006 powstał nad nim pierwszy w Europie Wschodniej hotel lodowy – 16-metrowe igloo, który jest rokrocznie w okresie od stycznia do marca obudowywane z bloków lodu wydobywanych z jeziora.

Południowa strona Trasy Transfogarskiej
O ile z północnej strony przełęczy średnio dopisała nam pogoda, o tyle po wyłonieniu z się z tunelu po południowej stronie, widzimy przepiękne, prawie bezchmurne niebo. Stajemy na jednej z zatoczek i podziwiamy lśniące od słońca góry Fogaraskie. Sama przełęcz leży pomiędzy dwiema najwyższymi górami tego masywu, a mianowicie Moldoveanu i Negoiu.
Na ten pierwszy zamierzamy wejść na następny dzień, więc spoglądamy na zachodnie granie z nadzieją, że dojrzymy masyw najwyższego szczytu Rumunii, zaliczanego do Korony Europy. Zjeżdżając serpentynami w dół, nie możemy oderwać oczu od cudownych widoków, które ciągną się wzdłuż drogi.


Robimy krótką przerwę przy małym wodospadzie, po czym kierujemy się do kampingu Agres w okolicach miasta Curtea de Argeș. Po przerwie jedziemy zaraz za samochodem zbierającym kamienie z drogi, które co rusz spadają z gór. Ze względu na ciągłe zakręty, ciężko tutaj o wyprzedzanie, ale w pewnym momencie kierowca przede mną włącza prawy migacz, co interpretuję jako sygnał o możliwości wyprzedzania.
TRASA TRANSFOGARSKA – UWAŻAJ NA KAMIENIE!
Niestety, w ułamku sekundy słyszę mocne buuummm! Nasza lewa przednia opona dosłownie wybuchła, a my zjeżdżamy mimowolnie na prawą stronę jezdni. Wychodząc z auta, okazało się, że trafiliśmy na jeden z ostrych kamieni leżących na asfalcie, który zamierzali zebrać jadące przed nami służby…
Mamy oczywiście zapasówkę, ale wstrzymuję się za jej założeniem i najpierw dzwonie na assistance. Po 45 minutach rozmowy z polskim konsultantem i mglistej zapowiedzi pomocy decydujemy się na samodzielną zmianę koła. Z tym także mamy problem, ponieważ pozostawione bez osłonki śruby, zardzewiały tak mocno, że nie możemy ich odkręcić.
W międzyczasie bardzo dużo kierowców zatrzymuję się, proponując pomoc, mając pewnie świadomość, że do zachodu słońca pozostało nie wiele czasu, droga będzie zamykana, a misie w okolicy nie będą czekać na kolację. Początkowo dziękujemy ślicznie za pomoc, mając nadzieję, że sami uporami się z wymianą koła, ale po kilkunastu próbach rezygnujemy.
Z pomocą przychodzą nam dwaj Rumunii, wracający z pracy samochodem pełnym różnorakiego sprzętu. Mają ze sobą nieocenione na korozje WD-40, jednak nawet to nie pomaga nam odkręcić śrub. Mimo niewątpliwej krzepy karpackich górali trzymają się one mocno i ani myślą popuścić. Jeden z Rumunów, w przypływie desperacji wyjmuję siekierę, której trzonkiem raz po raz uderza w klucz, o mało co nie dokonując seppuku.
W jednej chwili siekera spada mu z trzonka i na szczęście tylko lekko prześlizga się ostrym końcem po jego czole, powodując maleńką ranę. W końcu udaje się przełamać opór materii i z wielką pomocą spotkanych Rumunów wymieniamy naszą oponę! W przypływie radości dziękujemy naszym wybawcom i obdarzamy je kupionymi wcześniej piwami Peroni. Zdecydowanie na to zasłużyli!
Czy można spotkać niedziewdźie na trasie Transfogarskiej?
Rozwiązanie naszego problemu przyszło w najlepszym możliwym momencie, ponieważ gdy ruszyliśmy, zaczęło się szybko ściemniać. Po kilku kilometrach nastała całkowita ciemność i w tym momencie po mojej lewej stronie zauważamy niedźwiedzia, jak gdyby nigdy nic próbującego nam dotrzymać tempa!
Po pierwszym szoku wywołanym pierwszym w życiu spotkanym niedźwiedziem – choćby zza szyby – zastanawiamy się, co by było, gdybyśmy zostali unieruchomieni o te pół godziny dłużej. Czyżbyśmy doczekali się wizyty wielkiego króla tutejszych lasów i gór? Wolę nawet nie odpowiadać sobie na to pytanie…
W kampingu meldujemy się późno, więc z uwagi na wczesną porę pobudki przed wyjściem na Moldoveanu oraz nasze zmęczenie całym dniem, a zwłaszcza jego końcówką, bardzo szybko zasypiamy. Mamy nadzieję, że uda nam się zregenerować przed kolejnym dniem, zwłaszcza że czeka nas 2-godzinna trasa drogą szutrową do miejsca, skąd prowadzi najszybszy szlak na najwyższy szczyt Rumunii.
Zanim tam jednak dojedziemy, czeka nas noc u podnóża Gór Fogaraskich, gdzie niedźwiedzie czują się jak u siebie w domu, nie stroniąc od ludzi. Na szczęście teren wydaje się dobrze ogrodzony, a w okolicy nie słychać żadnych ujadań psów, które pierwsze nerwowo reagują na zagrożenie. Jutro czeka nas wielki dzień, ponieważ chcemy zdobyć szczyt, który jest wyższy od naszych Rysów. O tym, jak nam poszło i czy spotkaliśmy kolejne miśki, dowiecie się w kolejnym odcinku!

Zobacz inne nasze wyprawy:

