Henningsvær na Lofotach – norweska Wenecja Północy
Autostopem po Lofotach – z Moskenes do Ramberg
Po opuszczeniu przez nas zachodniego krańca Lofotów, kierujemy się w drogę powrotną do Narwiku. Naszym kolejnym przystankiem jest miasteczko Ramberg, w którym chcemy spędzić cały dzień ze względu na prognozowane załamanie pogody. Zmierzając do miasteczka, łapiemy stopa zaraz po wyjściu z campingu w Moskenes, skąd zabiera nas bardzo rozmowna para starszych Norwegów. Rozmawiamy głównie o piłce, gdyż okazali oni mocno zaangażowanymi fanami Liverpoolu, a także, jak się później okazało Valarengi Oslo, rywalizującej kiedyś z Wisłą Kraków w dawnym Pucharze UEFA. Oczywiście doskonale pamiętali te mecze, a także grającego później w ich drużynie Sebastiana Milę, zdobywcę jednej z bramek w pamiętnym meczu reprezentacji z Niemcami.

Podpytałem ich o największą obecnie gwiazdę norweskiej piłki, czyli Erlinga Haalanda, jednak ich odpowiedź bardzo mnie zaskoczyła – uważają go za wroga, ze względu na to, że kiedyś grał dla jednego z największych przeciwników Valarengi, położonego na północy Norwegii Molde. Przyznam, że tak fanatycznych kibiców na zimnej północy się nie spodziewałem. W Rambergu starsza para wysadza nas koło sklepu, w którym od razu uzupełniamy zapasy i idziemy w stronę najbliższego kampingu, oddalonego jakieś kilka kilometrów dalej. Idzie się nam dość ciężko, ponieważ jesteśmy zmęczeni całym tym wyjazdem, a w dodatku zaczyna mocniej wiać, a także lekko kropić. Udaje nam się jednak dotrzeć na miejsce przed nadciągającą ulewą.

Lofoten Beach Camp – kamping surferów
Lofoten Beach Camp okazuje się jednocześnie wypożyczalnią sprzętu do surfingu, a samo miejsce idealnym punktem do surfowania. Korzystamy z możliwości rozbicia się blisko plaży, obok której znajduje się Beach Bar, gdzie serwowane są słynne Beach Tacos. My osobiście ich nie próbujemy, za to wystarczają nam zamówiona kawa i gofr, aby nabrać trochę sił i przeczekać deszcz. Klasyczny norweski gofr serwowany jest w asyście dżemu, kwaśnej śmietany i brązowego sera, co stanowi niezwykle ciekawy i smaczny mikst kulinarny.

Za nocleg zapłaciliśmy 250 koron norweskich, w tym otrzymane dwa żetony na prysznice, zlokalizowane w tym samym budynku co bar. Jedynie kuchnia położona jest trochę na uboczu, w okolicy recepcji. Na kempingu bardzo dobrze działa wi-fi, co pozwala nam na nadrobienie kilku seriali na telefonie Kasi. Oglądamy kolejne odcinki, leżąc w namiocie i zasłużenie odpoczywając po trzynastu dniach podróży. Na zewnątrz mocno pada i siarczyście wieje, a wyjście wieczorem do toalety to nie lada wyczyn przy takiej pogodzie. Po kilku dniach pięknego słońca i bezwietrznej aury norweski archipelag nawiedza jednodniowy sztorm, który daje nam chwilę wytchnienia po prawie dwóch tygodniach intensywnej eksploracji podbiegunowej Skandynawii.

Nazajutrz po śniadaniu idziemy na krótki spacer nad morze, korzystając z lepszej, bo bezdeszczowej, ale wciąż bardzo wietrznej pogody i brniemy przez kolejne wielkie głazy położone nad wodą. Zbliżamy się do niej, najbliżej jak się da, aby zrobić kilka zdjęć i nagrać krótki film. Morze jest wciąż mocno wzburzone, uderzając raz po raz falami o wybrzeże, a na horyzoncie widzimy tylko pojedynczy statek płynący na otwartej przestrzeni Morza Norweskiego. Wracamy na plażę po nasze rzeczy i udajemy się na główną drogę, z zamiarem złapania kolejnego stopa, którym dostaniemy się dalej na wschód archipelagu. Wychodząc z campingu, spostrzegam obok przy trasie cmentarz wraz z kaplicą, co wprawia mnie w zdziwienie, jednocześnie połączone ze śmiechem, że tak dwa różne miejsca są położone blisko siebie. Już widzę odbywający się tutaj pogrzeb, na tle surferów pływających na morskich falach.

Francuski łącznik przemierzający Lofoty
Po kilku minutach czekania i trzymania kciuka, zatrzymuje się przed nami charakterystyczny bus na francuskich blachach, przypominający te z filmów o żandarmach z Saint Tropez. Przez chwilę myślałem, że kierujący zjeżdża z powodu awarii, ponieważ wydawał się tylko lekko toczyć na pobocze, ale okazało się, że odpowiedział na nas sygnał, oznaczający z reguły wszędzie na świecie prośbę o podwózkę. Musieliśmy bardzo szybko wsiadać do środka, gdyż staliśmy na przystanku autobusowym, a nadjeżdżający autobus, właśnie trąbił na nas i przesuwał się w naszym kierunku, jakby chciał nas staranować. Udało nam się w końcu ruszyć z naszym nowym znajomym, młodym Francuzem pochodzącym z Marsylii. Wybrał się w podróż na Nordkapp, błędnie uznawany za najdalej na północ wysunięty przylądek w Europie. Mimo bariery językowej i ciężkiego, francuskiego akcentu udało nam się dowiedzieć, jak się tu dostał oraz dokąd zmierza. Może nas zabrać jakiś fragment głównej drogi, ponieważ później odbija z niej na północ. Nam to pasuje, bo to zawsze kilkadziesiąt kilometrów dalej na trasie.
W środku jego bus przypominał, delikatnie mówiąc, stajnię Augiasza, pełną porozrzucanych rzeczy, począwszy od kosmetyków, przez ubrania, aż po puste butelki. Nasz rozmówca woził również ze sobą sprzęt wspinaczkowy, służący mu do pokonywania różnych ciekawych ścian na trasie swojej podróży. Moją uwagę przykuła także masa kamieni, walących się tu i ówdzie w kolejnych schowkach deski rozdzielczej. Francuz bardzo się ożywił, słysząc, że Kasi specjalizacją jest geologia i zaczął ją intensywnie wypytywać o każdy z kamieni, chcąc dowiedzieć się, czy są coś warte. Kasia ostudziła jego zapędy, tłumacząc mu świetną angielszczyzną, że są to raczej pospolicie występujące okazy, które nie przedstawiają dużej wartości. W tym momencie jego entuzjazm wyraźnie opadł, więc przeszliśmy na tematy sportowe, w których zawsze najlepiej udaje mi się odnaleźć w rozmowie, podróżując autostopem.
Nasz francuski kolega odbija na północ jeszcze przed Leknes, stanowiącym geograficzny środek Lofotów. Dziękujemy mu za drogę i życzymy wszystkiego dobrego w dalszej podróży. My natomiast znaleźliśmy się w słabym do stopowania miejscu. Byliśmy na końcowym fragmencie długiego zakrętu, na którym raczej nikt nie zwalnia, a wręcz zwiększa prędkość, próbując zwalczyć siłę odśrodkową i wyjechać na prostą. Nie podajemy się jednak i jakieś pół godziny bezowocnie próbujemy cokolwiek złapać. Na nic idą nasze wysiłki, więc decydujemy się na przejście kilku kilometrów dzielących nas od miasta, w międzyczasie podejmując kolejną próbę stopowania, tym razem przez Kasię na przystanku, ale i ta nie daje rezultatu.

Rørvikstranda – kamping na drodze do Wenecji Północy
Docieramy do miasta idealnie na czas, gdyż za kilka minut ma odjeżdżać bus w kierunku administracyjnej stolicy Lofotów, Svolvær. My jednak chcemy wysiąść kilkanaście kilometrów przed nią, gdyż naszym celem są okolice miasteczka Henningsvær, nazywanego Wenecją Północy, chociaż wiele miast pretenduje do tego miana, m.in. holenderski Amsterdam, rosyjski Sankt Petersburg, szwedzki Sztokholm, czy nasz polski Wrocław. W takim wypadku należałoby je nazwać raczej Wenecją Norwegii albo Lofotów. W każdym razie ogromnie zainteresowało nas to porównanie i kupujemy za około 110 koron dwa bilety na trasie z Leknes do Gimsoy.

Naszym pierwotnym celem jest płatny kamping, jednakże po opuszczeniu busa, lądujemy tuż obok bezpłatnego miejsca do biwakowania nad małą zatoką na południowej stronie wyspy Gimsoy. Miejsce nazywa się Rørvikstranda i jest wyposażone w ujęcie wody oraz stojące obok płatne toalety. Miejsca na rozbicie nie jest zbyt wiele, ale jest przynajmniej szumiący potok, biegnący wzdłuż tego pół-dzikiego kampingu. Idąc na wybrzeże, można podziwiać piękna panoramę, a także posurfować, czy popływać.

Henningsvær – Wenecja Północy, Lofotów, czy Norwegii?
Plany kąpieli przekładamy na później, gdyż po zjedzeniu solidnej porcji parówek zakupionych jeszcze w Rambergu, udajemy się na drogę prowadzącą w kierunku Henningsvær i po raz kolejny liczymy na dobrą wolę przejeżdżających kierowców, wyciągając prawą rękę z uniesionym kciukiem w ich kierunku. Dzisiaj na trzy próby dwie zakończyły się powodzeniem, wiec liczę na to, że kolejna także się uda. I nie mylę się! Po zaledwie kilku minutach zabiera na Szwed, mieszkający na co dzień w Norwegii. Jedzie w kierunku swojego domu w miasteczku, więc trafiliśmy idealnie.

Okazuję się najbardziej rozmowną i pozytywną osobą ze wszystkich poznanych dotychczas na stopie. Sam z siebie proponuje objazd po całym mieście, mimo że jest po pracy i wcale nie musiałby tego robić! Korzystamy więc z okazji i przejeżdżamy obok wszystkich najważniejszych miejsc dla naszego kierowcy. Opowiada nam z dumą o stadionie, którego słynne zdjęcie można znaleźć w sieci na stronach poświęconych Lofotom, lub podróżniczych postach na facebook’u. Chwali się, że jest to najbardziej znany stadion na świecie. Podobnie jak z Wenecją Lofotów wydaje mi się to przesadzonym stwierdzeniem, jednak podziwiam naszego kolegę na dobry pijar.

Przejeżdżając przez centrum, zauważamy spory ruch, a to ze względu na odbywający się tutaj przez weekend festiwal hipisowski – Trevarefest. No to trafiliśmy idealnie – koncert dzieci kwiatów w strefie polarnej! Muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem! Naszą objazdówkę kończymy w samym centrum Henningsvær, dziękując naszemu towarzyskiemu przewodnikowi za jego miły gest, natomiast sam kieruje się do drzwi mieszkania, spotykając tam kolejnych znajomych, z którymi natychmiast zaczyna następną żywiołową konwersację. Prawdziwy typ ekstrawertyka, który z każdym nawiąże dobry kontakt.
Samo miasteczko jest co prawda bardzo kolorowe, z urokliwą zatoką pełną statków rybackich, to jednak według Kasi ciężko porównywać je do prawdziwej Wenecji. Co do tutejszych rybaków Szwed opowiada nam ciekawostkę, że największą firmą zajmującą się rybołówstwem w zatoce, zarządzają Polacy. Zresztą niespodziewanie przyznaje, że najlepszym jego szefem był Polak, z którym pracował w jednej z okolicznych restauracji. Nie wiem w jakim stopniu to grzeczność z jego strony, a jak dalece szczera opinia, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby mówił prawdę. Sam jest za to zakochany w Norwegii i mimo tego, że pochodzi z sąsiedniego kraju, to jednak nie zamierza wracać do Szwecji, głównie ze względu na wyższy poziom życia.

Przechodząc przez ulicę, mijamy wejście na festiwal, ale w pierwszej kolejności chcemy przejść się na stadion. Podobny można spotkać w Rheine, ale ten jest bardziej znany. Pokryty sztuczną trawą, otoczony z trzech stron wybrzeżem, wygląda niesamowicie. Przechodząc przez murawę, mijam kilku Niemców grających na jedną z bocznych bramek. Chętnie bym do nich dołączył, ale nie znam niemieckiego, więc kieruję się na klify, podążając za Kasią. Przechodząc kolejne skały, spoglądamy na wystający z wody archipelag, składający się z zarówno z tych większych wysp, jak i tych zupełnie niewielkich pośrodku morza.

Wracając, idziemy urokliwym centrum miasteczka, momentami rzeczywiście przypominającego czasy Lenona. Poznać to można po pasach pomalowanych w kolory tęczy, czy obrazach na ścianach budynków, składających się z pomalowanych kafelków.

Trevarefest – hipisowski festiwal na Lofotach
Odwiedzamy jeszcze sklep Joker, położony zaraz naprzeciwko wejścia na festiwal, na który schodzi się coraz więcej osób. Kupujemy za 200 koron jakiś najtańszy sześciopak, jako nasz prowiant na koncerty. Oczywiście nie chcemy kupować biletu, który kosztowałby jakieś kosmiczne na polskie warunki pieniądze, ale wejść na okoliczny klif, z którego równie dobrze widać scenę i słychać muzykę. Tam oglądamy przepiękny zachód słońca i opierając się o opuszczony domek, chronimy się przed wiatrem i zimnem, pijąc, jakże by inaczej, zimne piwo.

Samo wydarzenie wygląda nieźle, jest sporo ludzi i niezła organizacja. Bardziej przypominające juwenalia niż koncert, ale i tak w pewnym momencie daliśmy się ponieść muzyce, tańcząc na klifie obok sceny. Cała aranżacja festiwalu rockowego w zatoce z widokiem na archipelag sama w sobie robiła klimat. Udało się nam nawet nawiązać kontakt z częścią widowni, która zauważyła nas na górce po lewej stronie sceny. Mimo dobrej zabawy nie zamierzaliśmy jednak zbyt długo siedzieć na festiwalu, ponieważ zimno coraz bardziej dawało się nam we znaki. Zdecydowaliśmy się wracać ostatnim autobusem, jadącym w kierunku Svolvær, który odjeżdżał po 22. Festiwal bardzo nam się podobał, był czymś czego się tutaj nie spodziewaliśmy, dzięki czemu mogliśmy hucznie świętować końcówkę naszego wyjazdu.

Będąc już z powrotem na biwaku, wracam jednak jeszcze do pomysłu kąpieli w morzu, więc nie zważając na mocny chłód i lodowatą wodę, wychodzę na plażę, ale niestety poziom wody jest bardzo niski, więc nie udaje mi się całemu wejść do wody. Wracając, obserwuję, jak horyzont robi się coraz bardziej szarawy, zdecydowanie szybciej niż to było na Kungsleden. Czyżby kończył się dzień polarny? Kończy się na pewno nasz przedostatni dzień na Lofotach. Jutro wracamy do Narwiku, jadąc przez Svolvær.

Svolvær, czyli stolica Lofotów
Nie kończy nam się jednak nasze szczęście do łapania stopa. Rano dosłownie sprzed nadjeżdżającego autobusu zabiera nasz Hiszpanka w średnim wieku, pochodząca z Wysp Kanaryjskich. Podjechała po nas podobnym busem, jak Francuz, ale dużo bardziej ogarniętym w środku i sama mówiła dużo lepiej po angielsku od swojego sąsiada z drugiej strony Pirenejów. Też przejechała już całą Europę, żeby się tutaj dostać. Zainteresowana naszym przejściem Kungsleden wypytuje mnie o Abisko i resztę miejscowości, w których byliśmy. Zapisuje je sobie po kolei na GPS-ie, mając w planach dalszą podróż. Wydaje się, że zachęciliśmy ją do odwiedzenia północy Szwecji i Szlaku Królewskiego. Sprawia wrażenie bardzo otwartej osoby i towarzyskiej, ale też lekko zakręconej. Wysiadamy praktycznie w samym centrum, gdzie się żegnamy, dziękując jej za pomoc.
Svolvær, czyli stolica Lofotów nie sprawa na nas jakiegoś pozytywnego wrażenia – miasto wygląda, jakby było po sezonie. Chwilę kręcimy się za jedzeniem, ale nie wybieramy nic konkretnego, ratując się zakupami w hipermarkecie. Z miasta wychodzimy na drogę do Narwiku, skąd mamy samolot. I znowu uśmiecha się do nas fortuna! Trafiamy na samochód z flagą rasta, więc to musi być dobry omen! I tak też się okazuje, ponieważ kierowca, facet około czterdziestki, jedzie do domu w okolicy lotniska! Idealnie się nam złożyło – czekamy tylko kilka minut, ponieważ Norweg zostawia tutaj swoją łódź, którą jeszcze w zeszły weekend pływał po polskim wybrzeżu. Okazało się, że był w Trójmieście, ostro imprezując i nabawiając się przy tym chorego gardła i lekkiej chrypy. Wydaje się wyluzowany i miły, a jego rastamańska flaga okazała się ręcznikiem przywiezionym z festiwalu Rototom Sunsplash w Hiszpanii.

Trochę mu zazdroszczę, ponieważ sam zawsze chciałem pojechać na ten kilkudniowy festiwalu muzyki reggae. Mimo to nie słucha zbytnio tej muzyki, a festiwal był tylko jego fajną odskocznią od budowania domu i pływaniu łódką po okolicznych zatokach. Jak mówił nam pewien Włoch z Sandefjordu, u którego pierwszy i jedyny raz do tej pory korzystaliśmy z couchsurfingu, tutaj każdy posiada łódkę. Jest tym, czym dla ludzi spoza Skandynawii samochód, czyli normą. Jak tłumaczy, spędza na niej każdą wolną chwilę, a właśnie jej posiadanie pomaga mu dotrzeć tam, gdzie inni nie mogą. W najdalsze zakamarki lofockich wysp. Wracając, możemy jeszcze raz się przyjrzeć temu cudownemu archipelagowi. Zdjęcia i filmy w sieci nie oddają tego, jak jest tutaj na żywo. Po prostu bajka.
Evenes na koniec przygody z Lofotami
Wysiadamy zaraz za lotniskiem i tak kończymy nasze stopowanie na północy Skandynawii. Łącznie osiem stopów, w tym pięć na Lofotach, co potwierdza, że można tutaj przyjechać i spokojnie wyciągać kciuka. Czeka nas jeszcze kilkadziesiąt minut marszu do najbliższego kampingu, gdzie mamy mieć ostatni nocleg. Jest jeszcze jeden, który polecał nam Norweg, ale w sieci wyczytaliśmy, że jest obecnie zamknięty. Kierujemy się więc do Evenes Camping, do którego docieramy późnym popołudniem.

Miejscowość składa się z typowego protestanckiego kościoła i kilkunastu domów na krzyż. Sam kamping leży nad zatoką, a składa się na niego dom gospodarzy, sanitariaty, zlew do zmywania naczyń i położone bliżej wody pole kampingowe standardowe 250 koron. Nie ma kuchni, więc musimy sobie radzić w zaczynającym zacinać deszczu. Na ruszt ląduję ostatnie rzeczy, jakie mamy, czyli kaszki, budynie i owsianki. W dużej części udało nam się te dwa tygodnie przeżyć na prowiancie przywiezionym z Polski, co na pewno znacznie pomogło ograniczyć wydatki wyjazdowe. Nie mamy zbyt wiele sił, aby długo siedzieć, zresztą nie ma tutaj kompletnie co robić, dlatego szybko zasypiamy. Rano przed nami do pokonania jeszcze raz trasa na lotnisko, biegnąca wzdłuż norweskiej jednostki wojskowej.
Jak się później okazało, można było też wybrać opcję spania na dziko zaraz obok lotniska, jak jedne z dziewczyn, które spotkaliśmy rano, składające swój namiot obok głównej drogi. Na lotnisku jeszcze raz czeka nas przepakowanie do mojej czerwonej torby Puma, która jest przetarta w dwóch miejscach i już ledwo zipie. Jakoś jednak udaje się spakować i udajemy się na odprawę do Gdańska, z którego zamierzamy się jeszcze dzisiaj udać na Festiwal Woodstock, obywający się tym razem w Czaplinku. Tak to już się składa, że albo jedziemy z festiwalu do Skandynawii jak w wyprawie w 2019 roku, albo w drugą stronę tak jak dziś. Mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić, tak samo, jak Wy czytając tę relację oraz wcześniejszą o przejściu Kungsleden. W kolejnej wybierzemy się do siedziby samego Draculi – Rumuni, z jegj zamkami, epickimi górami, ciekawymi mniejszościami etnicznymi, Morzem Czarnym i równie przepiękną, jak i klimatyczną, deltą Dunaju. Do następnego!

