Fjallraven Classic – trasa z biwaku Siellajohka do schroniska Alesjaure
- Wyjście z pola biwakowego Siellajohka na Fjallraven Classic
- Odcinek Fjallraven Classic prowadzący doliną Siellajohki
- Najpiękniejszy etap Fjallraven Classic wzdłuż trzech jezior
- Saamowie na trasie w kierunku schroniska Alesjaure
- Schronisko Alesjaure na trasie Fjallraven Classic
- Biwak obok schroniska w Alesjaure nad jeziorem Radujavri
Wyjście z pola biwakowego Siellajohka na Fjallraven Classic
Po nocy spędzonej na polu biwakowym Siellajohka, rano wstajemy zdecydowanie wcześniej niż wczoraj. Na palenisku spoczywa jedynie niedopalony kawał drewna, zapewne służącego kiedyś za kładkę na Szlaku Królewskim, którym co roku podąża słynny Fjallraven Classic. Jesteśmy dzisiaj totalnie bez sił – wyjście nad rwący potok w celu umycia zębów, wydaje się dla nas nadludzkim wyzwaniem, a co dopiero złożenie namiotu. Owsianka błyskawiczna z żurawiną i orzechami włoskimi dodaje nam energii, tak bardzo potrzebnej na dalszym etapie trasy.
Odwiedza nas Ania, którą spotkaliśmy także poprzedniego dnia. W przeciwieństwie do nas korzystała do tej pory z noclegów w schroniskach, mimo posiadania namiotu. Widząc nas, przyznaje, że również będzie biwakować. Jest to sporo tańsze rozwiązanie dla backpackersów przemierzających co roku Fjallraven Classic. Ania rusza pierwsza, a my potrzebujemy jeszcze trochę czasu, by się zebrać. Wychodząc z Siellajohki, mijamy jedną z toalet na szlaku, które znajdują się również przy każdym schronisku na trasie i są całkowicie bezpłatne.

Nasz dzisiejszy odcinek trasy liczący około 18 kilometrów, zaczynamy od przejścia mostu nad rzeką Siellajohka. Dalej Szlak Królewski prowadzi w kierunku ostrego podejścia, zwieńczonego sporym wypłaszczeniem. Z góry rozciąga się przepiękny widok na jezioro i drogę ze schroniska, którą wczoraj pokonaliśmy.


Pomiędzy górami napotykamy drugi z rzędu kamień medytacyjny i oczywiście powtarzamy nasz książkowy rytuał, odczytując sentencję – „Pokora na widok kwiatu na granicy lasów otwiera drogę na górski szczyt„.

Odcinek Fjallraven Classic prowadzący doliną Siellajohki
Tak jak uczestnicy Fjallraven Classic wchodzimy w u-kształtną dolinę rzeki Siellajohka, prowadzącą wśród trawiastych zboczy, usłanych co rusz wielkimi głazami, pozostawionymi tutaj przez lodowiec. Kierujemy się lekko w prawo na południowy zachód. Po godzinie marszu robimy przerwę. Pozwala nam na odciążenie pleców i przerwanie kosztownego dla kręgosłupa dźwigania ponad 20 kilogramów. Po kolejnym lekkim podejściu w górę wychodzimy na szeroką równinę, którą okalają będące daleko kolejne, potężne szczyty gór.
Doganiamy Anię, wymieniamy się wrażeniami z trasy i idziemy dalej – każdy swoim tempem. Kasia utrzymuje świetne, ale częściej się zatrzymuje, robiąc zdjęcia. Idę kilkadziesiąt metrów przed nią, płynnie pokonując kolejne kamienie i kładki, wśród rozpościerającej się przed nami tundry. Mimo ubogiej roślinności o tej porze roku rośnie tutaj nawłoć pospolita, nazywana przez Szwedów Gullris. Jej kwiaty mają kolor żółtego ryżu. Po prawej stronie w odległości kilkudziesięciu metrów mijamy budynki, prawdopodobnie tutejszych hodowców reniferów.

Raz ściągam kaptur, ogrzewając moją głowę promieniami słońca, to znowu zakładam go z powrotem na głowę, chroniąc się przed wzmagającym się wiatrem. Pogoda, jak to w górach jest bardzo zmienna, tutaj jednak trzeba się przygotować na prawdziwy rollercoaster. Tymczasem naszą uwagę przykuwa ogrodzenie z drabinką i wejściem pośrodku, zajmujące prawie większość terenu. W pierwszej chwili biorę je za granicę kolejnego parku narodowego, jednak Kasia wyprowadza mnie z błędu, tłumacząc, że za nim jest teren wypasu reniferów.

Najpiękniejszy etap Fjallraven Classic wzdłuż trzech jezior
Najpiękniejszym etapem dla uczestników Fjallraven Classic jest zdecydowanie ten, idący wzdłuż trzech jezior – Alisjavri, Miesakjavri, Radujavri. Można skrócić sobie go o 5 kilometrów, łodzią płynącą przez jezioro Alisjavri. Cena to 450 koron za osobę lub 200 za przewiezienie samego bagażu (o ile znajdzie się na niego miejsce). Nie zaprzątamy sobie tą informacją głowy, ponieważ chcemy przejść o własnych siłach, bez wydawania dodatkowych pieniędzy. Podążając przez rozległy płaskowyż, ścieżka prowadzi nas bujną zielenią.
Wreszcie docieramy nad jezioro Miesakjavri. Po lewej stronie powoli wyłaniają się na horyzoncie kolejne piękne, niebiesko-zielone, wręcz turkusowe jeziora polodowcowe. Są niejako podświetlone. Dzieje się tak, na skutek osiadania się minerałów na dnie, podczas poruszania się lodowca. Te osady oraz zawieszona w słupie wody i doskonale odbijająca światło tak zwana mąka skalna, tworzą ram niezwykły krajobraz na trasie dla wszystkich, przemierzających trasę Fjallraven Classic.

Zatrzymujemy się na dłuższą przerwę na wielkim, płaskim głazie, na którym można się położyć czy wysuszyć przepocone ubranie. Korzystamy w tym celu z wychodzącego zza chmur słońca, dlatego moja koszulka ląduje na kamieniu. Suszę mokre plecy, nie martwiąc się zbytnio o wiatr, który zresztą w tym momencie ucicha. Leżymy dobrą chwilę, odpoczywając po kilku kilometrach przebytej drogi. Zjadamy kolejny batonik, robimy kilka zdjęć, a Kasia dostrzega w oddali jęzor lodowca. Zapewne jest on głównym dostawcą wód dla okolicznych jezior.
Najedzony ubieram suchą koszulkę i zakładam plecak najpierw Kasi, a później sobie. Dociskam pas w biodrach i klatce, aby odciążyć maksymalnie ramiona. Ruszamy w kierunku następnego jeziora – Radujavri, w oddali widząc pojedynczą chatkę. To kolejny ze schronów na trasie, które znajdują się tutaj co kilka kilometrów. Można w nich odpocząć, zjeść posiłek, a nawet zanocować, ale wyłącznie w sytuacjach kryzysowych. Na ich wyposażeniu zazwyczaj znajdziemy drewno i piecyk. Mijając schron, docieramy do momentu, gdzie teren robi się bardzo podmokły.

Saamowie na trasie w kierunku schroniska Alesjaure
Na trasie do schroniska Alesjaure mijamy stację wodną miejscowego Saama, który przewozi turystów za opłatą, o wyznaczonych na tablicy godzinach. Wystarczy wyciągnąć flagę na postawionym maszcie, dzięki czemu zaznaczymy swoją gotowość do rejsu łodzią, lub zadzwonić z budki, w której jest telefon satelitarny. Widząc na horyzoncie schronisko, idziemy jednak dalej, chcąc zdążyć do znajdującej się w nim sauny. Po lewej stronie jeziora wyłania się piękny wodospad, przypominający te, które widziałem w środkowej Norwegii i wzdłuż jej fiordów.

Na prawo od wodospadu znajduje się mała wioska. Pewnie mieszkają w niej okoliczni rybacy i hodowcy reniferów. Wskazuje na to ogromne jezioro i kolejne ogrodzenia mijane przy szlaku Fjallraven Classic. Przypominają mi nasze podhalańskie zagrody dla owiec, tyle że zamiast drewna, wykonane są z drutu. Robię jeszcze ostatnią przerwę, czekając na Kasię. Razem odpoczywamy, a następnie pomagamy sobie z założeniem plecaków i ruszamy w kierunku rzecznej przeprawy przed nami.

Schronisko Alesjaure na trasie Fjallraven Classic
Schronisko Alesjaure jest pierwszym schroniskiem na trasie dla uczestników Fjallraven Classic, które leży poza granicą Parku Narodowego. Na drodze do schroniska nie ma żadnego mostu – ba, nie ma nawet kładki! Widząc, jak inna para turystów przeprawia się boso przez potok, dostaję gęsiej skórki. Podchodzę w kierunku małego kanionu z wodospadem, gdzie znajduję kilka suchych kamieni. Po chwili szybkim tempem ruszamy w kierunku wymarzonej cieplutkiej sauny, z pragnieniem umycia się po trzech dniach braku takiego luksusu.
Po drodze szukam miejsca do biwakowania, ale oprócz piaszczystej plaży, wszędzie jest albo zbyt dużo kamieni, albo zbyt mokro. Zostawiam miejsce nad jeziorem trójce turystów, ponieważ jest zbyt daleko od campingu. Wreszcie znajduję biwak z zapierającym dech w piersiach widokiem – pokonaną przez nas doliną, szklącymi się w słońcu górami oraz taflą jeziora odbijającą jego promienie. Rozbijamy namiot na cyplu zieleni wysuniętym w stronę wody, bierzemy rzeczy do sauny i wręcz biegniemy do schroniska Alesjaure.

Położone trochę za jeziorem schronisko Alesjaure wita nas parą emerytów prowadzących recepcję i sklep. Na moje oko mają spokojnie po siedemdziesiąt kilka lat, jeżeli nie więcej. Nie jest to nic dziwnego, w chatkach na szlaku Fjallraven Classic pracują głównie starsze osoby. W sklepiku spotykamy dziewczynę, broczącą wcześniej boso przez rzekę razem z chłopakiem. Kupujemy saszetki kawy rozpuszczalnej za 10 koron za sztukę. Wcześniej czytając informacje przy recepcji, cieszy nas fakt, że sauna zamykana jest dopiero o 21.30.
Niestety rozczarowuje nas chatkowy, który zdecydowanym głosem informuje nas, że sauna jest dostępna wyłącznie w cenie noclegu. Całkiem inną informację dostaliśmy w poprzednim schronisku, gdzie sauna była osobno płatna i zapewniano nas, że podobnie jest w innych schroniskach na szlaku. Coraz bardziej żałujemy zakupu kart STF, ponieważ dla backpackersów nie ma ona wiele do zaoferowania. W drodze powrotnej do namiotu zastanawiamy się nawet nad możliwością jej oddania, bo jak do tej pory nie skorzystaliśmy z niej ani razu.

Biwak obok schroniska w Alesjaure nad jeziorem Radujavri
Decydujemy się na biwak nad jeziorem Radujavri, gdzie wracamy niepocieszeni. Od razu idziemy na plażę, a tam zamiast gorącej sauny raczymy się kąpielą w zimnej lodowatej wodzie, wmawiając sobie, że dzięki promieniom słońca jest ona cieplejsza niż w rzeczywistości. Ubieram tylko moskitierę i w samej bieliźnie wskakuję do wody. Kąpiel staram się skrócić do minimum, ponieważ po kilku minutach zaczynają mi drętwieć palce u stóp. Kasia w tym czasie wzrusza się widokiem na jezioro. Wracamy do namiotu, jeszcze raz delektując się najpiękniejszym widokiem na dotychczasowej trasie. Zdecydowanie warto tutaj przyjechać podczas Fjallraven Classic.

Wykorzystując stertę świeżych desek, przygotowanych na wymianę zniszczonych kładek, jako osłonę przed wiatrem, Kasia gotuje na kolację coś na słodko z dodatkiem orzechów ziemnych i daktyli. Rozmawiamy chwilę z Anią, która rozbiła się niedaleko nas i też zamierza wykąpać się w jeziorze. Myjemy naczynia w pobliskim potoku położonym bliżej schroniska i kładziemy się do naszych śpiworów. To był niesamowity odcinek z mnóstwem cudownych widoków, które mieliśmy okazję dzisiaj podziwiać.
Jesteśmy całkowicie usatysfakcjonowani i nie czujemy nawet zmęczenia. Widocznie nasze czucie zakwasów w nogach, czy drętwienia mięśni pleców i ramion, przytępione zostało ogromnym zastrzykiem dopaminy do naszych układów nerwowych. Mimo późnej pory słońce ciągle pojawia się pomiędzy chmurami. Ostatni turyści przychodzą ze szlaku. Zamykamy szczelnie namiot i kładziemy się spać. Dzisiejsza noc zapowiada się na wyjątkowo chłodną – w końcu jesteśmy nad jeziorem polodowcowym, a ogromna przestrzeń wokół nas czeka, by zaprosić wiatr do tańca.

Zobacz inne nasze wyprawy:
Lofoty – Jak dojechać i co zobaczyć w 4 dni
Rumunia – co warto zobaczyć w 2 tygodnie, jadąc samochodem z Polski?

