Jak wygląda renifer tundrowy? Czy spotkaliśmy je na przełęczy Tjaktja?

  1. Renifer tundrowy, czy można go spotkać na przełęczy Tjaktja?
  2. Polowanie na zdjęcia reniferów w dolinie rzeki Aliseatnu
  3. Gdzie żyją renifery? Renifer tundrowy w Laponii
  4. Trudne podejście do schroniska Tjäktja z doliny Aliseatnu
  5. Schronisko Tjaktja – najwyżej położone schronisko na szlaku
  6. Kraina reniferów – przełęcz Tjaktja (1150 metrów n.p.m)

Renifer tundrowy, czy można go spotkać na przełęczy Tjaktja?

Przełęczy Tjäktja (1150 m n.p.m.), to najwyżej położony punkt na trasie naszego trekkingu, gdzie jest duże prawdopodobieństwo, że pojawi się tam renifer tundrowy. W tym celu chcemy tam biwakować, więc po spakowaniu plecaków ruszamy w kierunku schroniska w Alesjaure, położonego u ujścia rzeki Aliseatnu. Schronisko oferuje do 100 miejsc noclegowych, kuchnię, sklep i saunę. Alesjaure to raczej nie wioska reniferów, ponieważ w okolicy nie widzimy żadnego.

Schronisko w Alesjaure
Schronisko w Alesjaure

Za schroniskiem odsłania się przed nami dolina i coraz mocniej ośnieżone szczyty wokół jej granic. Ostrożnie schodzimy po kamienistej ścieżce w dół, w kierunku zawieszonego przed nami mostu – najdłuższego do tej pory na naszej trasie. Wydaje się wisieć tylko trochę wyżej nad lustrem wody, co wskazuje na jej wysoki poziom w rzece. Chcemy dziś zrobić zdjęcia reniferów, ale na razie nie możemy dostrzec żadnej charakterystycznej sylwetki z porożem.

Most nad rzeką Aliseatnu na szlaku Kungsleden
Most nad rzeką Aliseatnu

Ponownie zaczyna padać, ale nie na tyle, aby wyciągać z plecaków peleryny przeciwdeszczowe, więc zakładamy tylko kaptury na głowy. Dolina jest długa i mocno poprzecinana strumieniami, a sama rzeka meandruje przez wielkie zielone pustkowie co najmniej kilkoma łachami. Renifery często korzystają z ich dużej liczby, jako idealnego miejsca gaszącego pragnienie zwierząt kojarzonych głównie ze świętami Bożego Narodzenia.

Dolina rzeki Aliseatnu na szlaku Kungsleden
Dolina rzeki Aliseatnu

Polowanie na zdjęcia reniferów w dolinie rzeki Aliseatnu

Po wejściu do doliny rzeki Aliseatnu kontynuujemy nasze polowanie na zdjęcia reniferów. W międzyczasie spotykamy kolejne osoby na trasie idące w kierunku przełęczy lub schodzące w drugą stronę. Większość osób mijamy z charakterystycznym dla piechurów pozdrowieniem. Podczas odpoczynku korzystam pierwszy raz z moskitiery i muggi, ponieważ komary coraz bardziej dają o sobie znać. Co więcej, mogą one skutecznie płoszyć swoją obecnością renifery.

Po przejściu kilku kilometrów zostawiamy główną rzekę po naszej prawej stronie i kierując się bardziej na południe, zaczynamy podejście – jedno z dwóch największych na naszej trasie do Nikkaluokty. Po naszych doświadczeniach w Tatrach, Beskidach czy w rumuńskich Karpatach wydaje się to nie robić na nas wrażenia. Chociaż z 20 kilogramami na plecach można się lekko spocić i konieczne jest zrobienie małej przerwy, aby chociaż trochę rozluźnić mięśnie grzbietu.

Przerwa turysty na głazie na szlaku Kungsleden
Przerwa na „łaciatym” tle

Powoli przestaje padać i okoliczne szczyty zaczynają się wyłaniać spośród kłębiących się na niebie chmur. Docieramy na miejsce trzeciego kamienia medytacyjnego na Szlaku Królewskim. Tym razem tłumaczenie zdania wykutego na nim brzmi: „Z oddali coś wypełnia moją istotę możnością swojego istnienia„.

Kamień medytacyjny trzy Daga Hammarskjolda "Z oddali coś wypełnia moją istotę możnością swojego istnienia"
Kamień medytacyjny numer trzy

Zaraz za nim czeka nas przeprawa przez potok. Jego burzliwy nurt jest wprost zmuszany siłami natury do maksymalnego spiętrzenia się na szerokość dosłownie metra, może dwóch. Pokrzepiony takim widokiem rzucam się do przodu, wychodząc zdecydowanie przed Kasię i Anię, którą tradycyjnie już dogoniliśmy na szlaku. Robimy sobie kilka zdjęć z momentu przekraczania mostu.

Rwący nurt przekraczanej rzeki płynącej pod mostem na szlaku Kungsleden
Rwący nurt przekraczanej rzeki

Gdzie żyją renifery? Renifer tundrowy w Laponii

Renifery żyją w Norwegii, Szwecji oraz Finlandii, ale tylko w tych dwóch pierwszych państwach hodowlą reniferów mogą zajmować się wyłącznie Saamowie. Mimo że po drodze widzieliśmy kilka zabudowań etnicznych mieszkańców Laponii, niestety nie było wokół nich rogatych zwierząt. Za mostem towarzyszy nam za to coraz bujniejsza zieleń wśród całkowicie zamglonych szczytów. Teren się wyrównuje, więc na szlak wracają kładki, których po wyjściu z Alesjuare było zdecydowanie mniej niż dotychczas.

Kładka na szlaku Kungsleden
Walk in the Fog

Na horyzoncie widać już zarysy schroniska Tjaktja, które położone jest kilka kilometrów przed przełęczą. Wcześniej dostrzegam chatkę i dwa quady obok niej – wygląda mi to na kolejne zabudowanie hodowców reniferów. Po chwili słyszę warkot silnika, wytężam wzrok i po lewej stronie na zboczu widzę nadjeżdżające kolejne dwa quady, a pomiędzy nimi biegnące renifery! Wreszcie mogę je zobaczyć, mimo tego, że są bardzo daleko.

Trudne podejście do schroniska Tjäktja z doliny Aliseatnu

Idąc w górę wzdłuż rzeki Aliseatnu, czeka nas dosyć strome podejście do schroniska Tjaktja. Co więcej, Kasię zaczynają coraz bardziej obcierać buty, powodując odciski na achillesach. Mimo nałożenia plastrów pękają, robiąc rany w jednym z najbardziej czułych miejsc na stopie. Kasia, trzymając się twardo, idzie dalej pomimo bólu. W razie kontuzji jedyną możliwością powrotu jest zamówienie helikoptera w schronisku. Nie bierzemy jednak tego pod uwagę. Obserwując renifery, idziemy dużo łatwiejszym terenem, z płytkimi strumykami i mostkami nad nimi.

Drewniany mostek nad leniwie płynącym strumykiem na szlaku Kungsleden
Drewniany mostek nad leniwie płynącym strumykiem

Chociaż teren jest łatwiejszy, to plecak ciąży coraz bardziej, więc z każdym kolejnym krokiem tempo staje się wolniejsze, a oddech coraz szybszy i płytszy. Ponadto szerokie rozlewisko głównej rzeki wraca znienacka na naszą trasę, zastępując nam drogę. Szukam przejścia, idąc w górę potoku, tym razem mając trudne zadanie, ponieważ nurt wody jest spory, a dużych kamieni jest jak na lekarstwo. Podchodzę więc wyżej w okolicę większych głazów, gdzie rzez swoją nieuwagę stawiam nogę na jednym z nich, który okazuje się bardzo śliski.

Nie mając takiej przyczepności jak renifer, zjeżdżam po nim gwałtownie, mając szczęście, że jest gładki i obejdzie się bez żadnych obtarć. Nie poddaję się jednak. Spostrzegam duży kwadratowy głaz na samym środku rwącej rzeki, a po drugiej stronie widzę kolejny, choć niewielki. Na szczęście jest suchy i po przejściu na niego jedną nogą szybkim zajęczym skokiem, niczym Banot wchodzący na kolejne piętra hotelu Sheraton melduję się po drugiej stronie. Uff… było to jak do tej pory najbardziej wymagające przejście przeze mnie rzeki w jakichkolwiek górach.

Ostry jak brzytwa kanion wydrążony przez wzburzony potok na szlaku Kungsleden
Ostry jak brzytwa kanion wydrążony przez wzburzony potok

Dziewczyny wybierają inną drogę położoną dużo niżej. Ania przechodzi całkiem gładko, natomiast Kasia długo zastanawia się nad strategią przejścia. Rzucam więc swój plecak na ziemię i wracam jej pomóc, chociaż nie wiem właściwie jak, bo nie przechodziłem w tym miejscu. Kasia jednak perfekcyjnie daje sobie radę, a ja oddycham z ulgą. Ruszamy dalej, bo schronisko jest blisko, na wyciągniecie ręki. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo czeka nas jeszcze spora górka.

Jest co prawda skrót przez otoczoną połaciami śniegu rzekę, na którym swoje ślady zostawiły renifery, ale nie chcę kusić losu dwukrotnie z rzędu. Zwiększam za to tempo i resztkami sił dochodzę do mostu przed schroniskiem – jest to największy most w górach, jaki dotąd widziałem. Z przypiętej do niego żółtej tabliczki czytam, że w tym samym momencie tylko jedna osoba może po nim przechodzić. Przekraczam go, nie patrząc zbytnio w dół, bo zarówno wzbierający nurt rzeki, jak i wysokość mostu są iście himalajskie.

Dochodząc do schroniska, rzucam plecak na ławkę i ruszam z powrotem w kierunku Kasi. Za mostem biorę jej plecak i razem pokonujemy ostatnie metry, spoglądając na kilkumetrowy wodospad uderzający o skały u jego podnóża.

Turystka przekraczająca "na lekko" kilkumetrowej wysokości most przed schroniskiem Tjäktja na Kungsleden
Kasia przekraczająca „na lekko” kilkumetrowej wysokości most przed schroniskiem

Schronisko Tjaktja – najwyżej położone schronisko na szlaku

Schronisko Tjaktja jest najwyżej położonym obiektem noclegowym na trasie, które znajduje w bardzo malowniczym miejscu. Trochę żal nam, że nie nocujemy tutaj, jednak mamy na dziś inny cel. W porównaniu do poprzednich nie jest zbyt duże, bo oferuje tylko do 25-ciu miejsc noclegowych, bez możliwości skorzystania z sauny czy sklepu. Na drzwiach schroniska czytam zawieszony na nich cennik i informację o możliwości wykupienia tzw. pobytu dziennego.

Tzw. dagsbesök to koszt 40 koron dla posiadaczy kart STF (80 koron bez karty). Pozwala on korzystać ze schroniska między godziną 11 a 15, w celu ugotowania oraz zjedzenia posiłku czy po prostu odpoczynku w bardziej komfortowych warunkach, niż te na zewnątrz budynku. Oczywiście należy po sobie posprzątać, opróżnić brudną wodę z wiadra w miejscu oznaczonym „Slask” (polskie tłumaczenie to breja) i nalać świeżej wody prosto z rzeki.

Na ławce w schronisku Tjäktja myję Kasi poranione stopy i nakładam świeże opatrunki. Postanawiamy także coś zjeść, ponieważ ostatnie metry do schroniska pokonaliśmy resztkami sił. Tym razem pośpieszani przez niepewną pogodę robimy błyskawicznie kuskus z tuńczykiem, fasolą i hummusem. Jest nam bardzo zimno, ale nie narzekamy. Pijemy otrzymaną kawę od Ani, którą kupiła nam w Alesjaure i zaczynamy pogłębiać naszą relację.

Zjadając szybko obiad, przerywamy naszą interesującą konwersację i cieszymy się wychodzącym słońcem. Pogoda i jedzenie poprawiają nam się humory i pozwalają wrócić siłom, tak niezbędnym na dalszym szlaku. Ania, korzystając z pogody, rusza dalej, natomiast my odwiedzamy jeszcze toalety przy schronisku i także podejmujemy decyzję o dalszej wędrówce, póki są dobre warunki.

Malowniczo położone schronisko Tjäktja na Kungsleden
Malowniczo położone schronisko Tjäktja

Za mostem wychodzimy na potężne rumowisko skalne, z mnóstwem małych strumieni, ale dzięki kładkom teren jest bardzo przyjemny do pokonania. Doganiamy Anię i grzejąc się promieniami słońca, rozmawiamy o Himalajach, Alpach i ogólnie o podróżach. Nawet ostatnie podejście pod przełęcz, na szczęście nie tak strome, jak pod schronisko, dzięki intensywnej rozmowie mija nam bardzo szybko. Widzimy też coraz więcej śniegu na trasie – w końcu jesteśmy w strefie polarnej na wysokości ponad 1100 metrów n.p.m.

Powrót ze schroniska Tjäktja na szlak przez most na Kungsleden
Powrót ze schroniska Tjäktja na szlak
Rumowisko skalne pomiędzy schroniskiem a przełęczą Tjäktja na Kungsleden
Rumowisko skalne pomiędzy schroniskiem a przełęczą

Kraina reniferów – przełęcz Tjaktja (1150 metrów n.p.m)

Na samej przełęczy czeka na nas szansa na zobaczenie reniferów, ale także schron, toaleta, drewutnia i miejsce do biwakowania. Po dojściu do schronu odsłania nam się widok na kolejną dolinę, którą będziemy schodzić w następnym dniu. Bez wahania podejmujemy decyzję o biwakowaniu, gdyż jest to przepiękne miejsce – rozbijamy się obok schronu i drewutni, natomiast Ania trochę dalej na przełęczy. Razem z Kasią kąpiemy się w małym oczku wodnym pod schronem – woda tym razem jest bardzo lodowata i do tego płytka.

Schron na przełęczy Tjäktja na Kungsleden
Biwak na przełęczy Tjäktja (1150 metrów n.p.m.)

Siadamy z Anią w schronie, gdzie spędzamy bardzo miły wieczór, jedząc kaloryczne chipsy bananowe i popijając je rozgrzewającą herbatą. O 22-giej zaczynamy się zbierać do namiotów. Wtem Kasia, otwierając drzwi, dostrzega koło wody, w której wcześniej się kąpaliśmy, renifery! W tym momencie po raz kolejny wzrusza się do łez. Jest ich kilkanaście sztuk, a ich gęste owłosienie z charakterystyczną grzywą na szyi oraz wydatne poroże robi na nas mocne wrażenie. Robimy zdjęcia reniferów, ale po chwili troszkę się płoszą i uciekają w góry.

Stado Renifera tundrowego (Rangifer tarandus) na przełęczy Tjäktja na Kungsleden
Renifer tundrowy (Rangifer tarandus)

Kładziemy się do namiotu i wtedy Kasię dopada nerwoból szyjny – cóż, dzisiejszy dzień nie jest dla niej łaskawy. Uspokajam ją, daję opaskę na szyję i robię lekki masaż. Na pocieszenie odwiedza naszą przełęcz ponownie renifer tundrowy – tym razem całe stado! W blasku zachodzącego, a raczej broczącego po linii horyzontu, słońca ukazują nam się w pełnej krasie. Robimy kilka zdjęć z namiotu, ale z racji na męczący dzień, zwłaszcza dla Kasi, nie siedzimy długo.

Sam modlę się, żeby do jutra jej odciski chociaż trochę się zagoiły, a zwłaszcza żeby ustąpił ten lekki paraliż szyi. Noc (dzień?) zapowiada się przepięknie, ale zarazem jest bardzo mroźna, co nie pomaga w tej sytuacji. Całą otoczkę problemów zdrowotnych rekompensuje nam bajeczny widok zwierząt, pasących się leniwie na przełęczy, będącej niczym kraina reniferów. Nie wiemy jednak, że to tylko ciszą przed burzą, a ciemno-czerwone niebo jest wyłącznie preludium dla jutrzejszej arii, będącej kulminacją zmiennej aury na lapońskiej scenie.

Renifery w blasku zachodzącego słońca przełęczy Tjäktja na Szlaku Królewskim
Renifery w blasku (wreszcie) zachodzącego słońca
Zachód słońca na przełeczy Tjaktja na Szlaku Królewskim
Koniec części czwartej

Zobacz inne nasze wyprawy:

Lofoty – Jak dojechać i co zobaczyć w 4 dni

Rumunia – co warto zobaczyć w 2 tygodnie, jadąc samochodem z Polski?

Podobne wpisy