Nikkaluokta – gdzie można spróbować mięsa z renifera?

  1. Nikkaluokta – w poszukiwaniu mięsa z renifera
  2. Gdzie zjeść mięso z renifera w Nikkaluokcie i jak smakuje?
  3. Nikkalukota – końcowy punkt trasy, skąd jeżdżą busy do Kiruny

Nikkaluokta – w poszukiwaniu mięsa z renifera

Wyruszając rano ze schroniska Kebnekaise, naszym celem jest nie tylko Nikkaluokta, aby zdążyć na busa do Kiruny, ale także spróbowanie mięsa z renifera pod postacią słynnego burgera w tamtejszej restauracji. Ranek w przepięknym słońcem i niemal bezchmurnym niebem, po którym raz po raz latają helikoptery, które dowożą prowiant do schroniska z pobliskiej Nikkaluokty. Robimy sobie kilka pożegnalnych zdjęć między budynkami koło schroniska, w tle mając szlak biegnący na Kebnekaise, który wczoraj zdobyliśmy.

Zdjęcie w schronisko Kebnekaise przed wyjściem do Nikkaluokty
Ostatnie chwile w schronisku Kebnekaise

Trochę żałuję, że taka pogoda nie trafiła nam się nam na przykład przy zejściu z przełęczy Tjaktja, czy na drodze ze schroniska Singi do schroniska Kebnekaise, ale mimo to jestem zadowolony. Naładowani pozytywną energią i promieniami słońca ruszamy w kierunki brzozowego zagajnika, rozciągającego się w kierunku dalszej części doliny rzeki Laddjujohka, która będziemy szli aż do Nikkaluokty. Laddjujohka meandrująca wśród coraz łagodniejszych gór, poprowadzi nas do naszego następnego celu, czyli zjedzenia mięsa z renifera w tamtejszej restauracji.

Dolina Laddjujohka na drodze do Nikkaluokty
Dolina rzeki Laddjujohka

Ze schroniska wychodzimy dosyć późno, jednak przy dobrym tempie marszu zakładam, że zdążymy na ostatniego busa jadącego około godziny 16 z Nikkaluokty do Kiruny, gdzie planujemy przenocować. Przed nami prawie 20 kilometrów trasy, ale raczej biegnącej po płaskim terenie. Mamy nadzieję, że dzięki temu nasze nogi trochę odpoczną, a coraz lżejsze plecaki dadzą chwilę wytchnienia naszym plecom. Z tym nastawieniem żegnamy za sobą schronisko Kebnekaise, które będziemy bardzo miło wspominać, ze względu na jego bardzo dobre warunki.

Wyjście ze schroniska Kebnekaise w kierunku Nikkaluokty
Wyjście ze schroniska

Na początku dzisiejszej trasy do Nikkaluokty przechodzimy przez pierwsze mosty nad rzeką Laddjujohka. Jeden z nich jest naprawdę wielki, więc zatrzymujemy się, aby zrobić zdjęcia, korzystając ze świetnej pogody. Na niebie widzimy helikoptery, lecące w pewnym momencie jeden za drugim, pod którymi zawieszone są ogromne drewniane skrzynie, owinięte liną i huśtające się jak tarzan na lianie w dżungli. Helikoptery służą nie tylko zaopatrywaniu tutejszych schronisk w np. mięso z renifera, ale także pomagają kontuzjowanym turystom na szlaku.

Helikopter lecący z transportem do schroniska Kebnekaise do Nikkaluokty
Helikopter w akcji
Kładka na trasie do Nikkaluokty z masywem Kebnekaise w tle
Kładki wracają do łask

Gdzie zjeść mięso z renifera w Nikkaluokcie i jak smakuje?

W restauracji Enoks Restaurang w Nikkaluokcie serwują mięso z renifera w postaci burgerów, więc nie mogę się doczekać, kiedy go spróbujemy. Wychodząc zagajnika, po prawej stronie widzimy wielkie, przepiękne jezioro Laddjujavri. Obok jeziora mijamy ostatni kamień medytacyjny („Wiatr, światło, jakże mali jesteśmy wobec sił natury, a jacy szczęśliwi tym, co samo jest wielkie”). Mimo że na początku próbowałem iść w sportowych butach, by dać odpocząć stopom, to szlak nadal jest mocno kamienisty, więc przebieram je na buty trekkingowe.

Ostatni kamień medytacyjny na trasie do Nikkaluokty
Ostatnie medytacje

Przy kamieniu robimy krótką przerwę na wodę i ruszamy dalej. Utrzymuję niezłe tempo marszu (około 6 kilometrów na godzinę), aby zdążyć na busa. W pewnym momencie robię dłuższą przerwę obok zejścia w kierunku przystani rzecznej, z której można podpłynąć dalej łódką do Nikkaluokty, gdzie czeka na nas mięso z renifera. Mimo że polubiliśmy te zwierzęta, to grzechem byłoby nie spróbować lokalnego specjału, nawet jeżeli jest zwykłym fast food’em. Na razie moje oczy są nadal głodne pięknych widoków, dlatego sycę się nimi na ostatnim etapie trasy.

Kładka na trasie do Nikkaluokty
Coraz więcej zieleni

Wychodząc z zagajnika na otwartą przestrzeń, dostrzegam w oddali lapońską restaurację w Nikkaluokcie. Wchodząc do środka, widzę kilka osób przy długiej barowej ladzie, a za nią małą kuchnię i krzątający się w niej personel. Sama aranżacja przypomina wygląd barów z jednego z odcinków popularnego w latach 90. serialu Twin Peaks. Poroża reniferów nad stolikami, ich skóry wyścielone na ławkach oraz tu i ówdzie gadżety związane z tymi zwierzętami. Po tym, jak Kasia dociera do restauracji, wybieramy razem mięso z renifera w burgerze i siadamy na zewnątrz.

Mimo niezachodzącego słońca w Nikkaluokcie jest nam troszkę zimno, więc zakładamy czapki i kurtki. W oczekiwaniu na jedzenie wypijamy po kawie, aby naładować baterie przed dalszą drogą. Po dłuższej chwili otrzymujemy nasze mięso z renifera. Jesteśmy nim bardzo podekscytowani. Smakuje bardzo lekko. Jest przyjemniejsze niż wołowina i równie dobre. Dodatki może nie rewelacyjne, ale frytki i warzywa (w postaci pomidora, cebulki i ogórka) spełniają nasze wymagania. Cała przyjemność kosztowała jakieś 150 koron szwedzkich, ale było warto!

Burger z mięsa renifera w restauracji w Nikkaluokcie
Renburgare, czyli burger z mięsem renifera

Nikkalukota – końcowy punkt trasy, skąd jeżdżą busy do Kiruny

Duża ilość białka zawarta w mięsie z renifera zadziałała bardzo dobrze na moje mięśnie, więc idę bardzo szybko, aby zdążyć do Nikkaluokty na ostatniego busa w kierunku Kiruny. Końcowy odcinek prowadzi głównie lasem i szeroką ścieżką, a i wystających kamieni jest jakby mniej. Przed centrum miasteczka mijam kaplicę na górce po swojej lewej stronie, a tuż za ostatnim wzniesieniem wyłania się przede mną bardzo duże schronisko, z polem namiotowym i campingowym, położonym wydłuż drogi pokrytej szutrem.

Kamping Nikkaluokta Sarri AB w Nikkaluokcie
Kamping na wejściu do Nikkaluokty

Za kempingiem czeka na mnie już tylko parking i przystanek autobusowy. Nie zwalniając kroku, docieram na miejsce, ale niestety nie zdążyłem na autobus. Za to mogę przejść specjalnie przygotowaną bramą symbolizującą ukończenia szlaku. Czuję niesamowitą ekscytację tym, że to już koniec ciągłego marszu, ale czekając na Kasie, muszę spróbować złapać jakiegoś stopa. Ściągam więc plecak, wystawiam kciuka i usiłuję kogoś zatrzymać. Po kilku zaledwie próbach podjeżdża do mnie para Duńczyków w wieku może 60 lat, którzy zmierzają do Kiruny.

Jestem mega szczęśliwy, że trafiła nam się taka okazja, więc szybko mówię, o co chodzi i proszę ich, żeby jednocześnie poczekali na moją dziewczynę, która powinna za moment przyjść. Nawiązując relację, ładuję swój plecak do ich samochodu. Przez chwilę rozmawiamy przy włączonym silniku, jednak po kolejnych minutach oczekiwania kierowca go wyłącza. Widzę, że się lekko niepokoi, a ja w zasadzie tak samo, ale na szczęście w odpowiednim momencie na horyzoncie pojawiła się Kasia, co mnie i moich nowych znajomych uspokaja.

Po wymianie uprzejmości między Kasią a Duńczykami pakujemy się do nowego SUV-a i z ulgą na twarzach, ale jednocześnie z nostalgią w oczach, oglądamy w bocznych szybach samochodu ostatnie widoki tej części Laponii, której piękna byliśmy naocznymi świadkami przez ostatnie kilka dni. Wracamy stopem, czyli tak jak będziemy podróżować kolejny tydzień przez Lofoty. To już jest jednak zupełnie inna historia. Inna od tej, której doświadczyliśmy tutaj. Nie tak niedostępna i trudna. Nie taka, Królewska.

Brama końcowa w Nikkaluokcie
Koniec

Podobne wpisy