Konstanca – port nad Morzem Czarnym i hipisowskie Vama Veche
Port Konstanca – Rumunia, państwo nad Morzem Czarnym
Z Bukaresztu wyjeżdżamy wcześnie, opuszczając Camping București Belvedere, który w nocy zamienił się małe pole festiwalowe, ze względu na trwającą podczas niej imprezę. Niewyspani kierujemy się bezpośrednio autostradą A2 do Konstancy, rumuńskiego miasta nad Morzem Czarnym, gdzie dojeżdżamy po niecałych trzech godzinach. Konstanca – port nad Morzem Czarnym, stanowiący największy tego typu obiekt w Rumunii i największe miasto historycznej krainy Dobrudży, to jeden z głównych ośrodków turystycznych, a także przemysłowo handlowych w całym kraju.

Po zostawieniu samochodu na jednym z licznych parkingów i w odróżnieniu od Bukaresztu – w miarę pustych, udajemy się prosto na promenadę i plażę. Tam w otoczeniu knajpek z palemkami można poczuć się jak na Malediwach. Plaża jest długa i szeroka, więc decydujemy iść nią do centrum, zatrzymując się na kamienistych brzegach czarnomorskiego wybrzeża. W centrum wstępujemy na obiad do greckiej tawerny Nikos. Kieruje nią rodowity Grek, który szybko zorientował się, że jesteśmy Polakami. Nawet chwalił się nam, że kiedyś miał dziewczynę z Polski.

Po jedzonku lądujemy pod rzeźbą z brązu Lupa capitolina (Wilczyca Kapitolińska), czyli legendarnej matki założycieli Rzymu – Romulusa i Remusa, a następnie odwiedzamy Muzeum Historii Narodowej i Archeologii. Muzeum gromadzi imponujące zbiory, składające się z ponad 430 tysięcy przedmiotów, które opowiadają historię od paleolitu aż po współczesność. Wśród tych cennych eksponatów można znaleźć kolekcje pochodzące z różnych okresów i cywilizacji. Znajdują się tu zarówno starożytne greckie artefakty, rzymskie relikty, bizantyjskie skarby, jak i średniowieczne dzieła sztuki. My jednak odpuszczamy chodzenie po muzeum na rzecz meczetu.

Wielki Meczet w Konstancy, bo o nim mowa, nazywany jest meczetem Króla Karola, rumuńskiego władcy z przełomu XIX i XX wieku. Mimo że w Konstancy mieszka zaledwie po 3% mieszkańców pochodzenia tureckiego i tatarskiego, meczet jest pozostałością po rządach Karola, który miał postawić ten budynek w darze muzułmanom w 1910 roku. Jest to moja pierwsza wizyta w meczecie, więc czuję lekką tremę, widząc w środku mnóstwo niezwykłych orientalnych dywanów i okrągłą salę modlitewną.

Na minaret, czyli najwyższą wieżę świątyni, prowadzi 140 schodków. Będąc na wysokości 25 metrów, można podziwiać wspaniałą panoramę miasta nad Morzem Czarnym, a sam minaret jest wysoki na 47 metrów. Obok nas w słońcu mieni się sferyczna kopuła, znajdująca się tuż nad salą modlitewną – musalla. Kopuła ma symbolizować sklepienie niebieskie i jest wyróżnikiem architektury społeczności muzułmańskich. Na jej czubku znajduje się symbol islamu, czyli Półksiężyc. Meczet został wzniesiony w stylu neoegipskim i neobizantyjskim, z wykorzystaniem elementów architektury neoromańskiej. Minaret został zaprojektowany w stylu neomauretańskim.

Ostatnim przystankiem na naszej trasie jest Kasyno w Konstancy, otwarte również w 1910 roku. Obecnie budynek pełni funkcję atrakcji turystycznej i nie jest już czynnym obiektem. Do niedawna z bliska można było zauważyć uszkodzenia budowli, takie jak powybijane okna oraz zardzewiałe poręcze, ale podczas naszego pobytu trwał już jej remont. Z kasyna wracamy do samochodu, tym razem omijając plażę, spotykając na drodze parę weselną robiącą sesję ślubną. Wyjeżdżamy z miasta w kierunku Vama Veche – miejscowości na południe od Konstancy.

Vame Veche – hipisowskie miejsce na południe od Konstancy?
Na trasie zaopatrujemy się w Lidlu, gdzie kupujemy prowiant na najbliższe dni. Dzisiaj zamierzamy trochę zrelaksować i zabawić się w tym miasteczku, o którym w przewodniku czytamy, że jest miejscem w klimacie hipisowskim. Do Vama Veche docieramy wieczorem, tuż przed zachodem słońca. Po długim szukaniu wolnego miejsca biwakujemy zaraz przy granicy bułgarsko-rumuńskiej, na której stacjonuje wojsko. Niestety miejsce jest mocno zaniedbane, a powietrze cuchnie niezbyt przyjemnie, ale nie mamy wyjścia i rozbijamy się w na klifie brzegowym z pięknym widokiem na Morze Czarne.

Po kąpieli w morzu i odpoczynku wieczorem wybieramy się w stylizacjach lat 70. na tutejsze kluby. Niestety mimo kilku murali nie jesteśmy w stanie usłyszeć hitów z tamtych lat. Miejsce bardziej przypomina polskie morze, więc i muzyka jest raczej dyskotekowa. Miłym wyjątkiem jest występ rumuńskiej grupy rockowej White Mahala, której koncert mógłby śmiało odbyć się na Woodstocku, ze względu na energię i brzmienie granej przez nich muzyki. Wracamy do namiotu, po drodze zaliczając jeden z licznych tutaj fast foodów, raczej rozczarowani Vama Veche, ponieważ liczyliśmy na bardziej hipisowski klimat tego miejsca.

Konstanca – plaże na północ od miasta nad Morzem Czarnym
Po nocy spędzonej w asyście pograniczników, znajdujących się kilkaset metrów od naszego biwaku, ruszamy z powrotem na północ. Naszym celem jest Plaja Corbu – plaża położona na północ od Konstancy. Plaża jest nieźle zagospodarowana, o czym można się przekonać, korzystając z baru i jego przyjemnej infrastruktury. Na zewnątrz jest nawet hamak, w którym można podziwiać morze. Niestety sama kąpiel w morzu nie należy do najprzyjemniejszych, ze względu na sporą obecność meduz w tutejszych wodach.

Z tego powodu decydujemy się przemieszczenie się kilkanaście kilometrów dalej na północ, gdzie po mocno piaszczystym odcinku, który momentami wyglądał niczym etap Rajdu Dakar, dojeżdżamy na Plaja Vadu. Samo miejsce jest uważane za plażę nudystów, co trzeba przyznać, jest prawdą. Nad morzem jest sporo osób opalających się w stroju Adama i Ewy, jednakże spotykamy także rodziny z dziećmi przechadzające się po plaży. Jest tutaj zdecydowanie mniej ludzi niż na plaży Corbu, dzięki czemu możemy się cieszyć spokojem i romantycznym klimatem Morza Czarnego.

Jesteśmy blisko Delty Dunaju, do której jeszcze dziś chcemy się dostać, a jutro popłynąć promem do najbardziej wysuniętej części Rumuni na wschód – Suliny. O tym jednak przeczytacie w kolejnym wpisie z naszej wyprawy do Rumunii!

Zobacz inne nasze wyprawy:

