Moskenesøya – zachodnia wyspa Lofotów

Å – na krańcu Lofotów

Po trwającej cały dzień podróży z granicy norwesko – szwedzkiej, aż po zachodni kraniec archipelagu Lofotów, śpimy w naszych namiotach do oporu. Jednakże promienie słońca odbijające się od tafli jeziora, nad którym biwakujemy, nie pozwalają nam na tak bezczynne leżenie. Zaraz po przebudzeniu otwieram moje skrzydło namiotu i podziwiam w oddali przepięknie skały, znajdującej się naprzeciwko nas górskiej grani, odbite w zwierciadle wody niczym w lustrze. Całość przypomina niesamowitą mozaikę małych puzzli lub pikselowy obraz. Leżąc tak dobre kilkanaście minut, nie mogę oderwać wzroku od tej cudownej gry świata i cienia.

Co więcej, po zachodniej części jeziora widzę wyłaniające się z oddali łabędzie, które rozpoczynają wyścig w kierunku brzegu, unosząc się lekko nad wodą i frunąc nad nią tak nisko, że nie powstydziłby się takiej trajektorii lotu nawet Piotrek żyła na mamucie w Vikersund. Obserwując popisy łabędzi, w międzyczasie powoli pakujemy swój namiot i pozostałe rzeczy, ciesząc się przy tym z tak ładnej pogody. Nawet ścieżka prowadząca do centrum Å trochę wyschła i nie jest już tak grząska, przez co nie musimy się martwić o nasze buty. Odchodząc z naszego biwaku, jeszcze raz nasycamy się magią tego miejsca i z czystym sumieniem możemy je polecić każdemu, kto znajdzie się na tym końcowym skrawku archipelagu.

Najkrótsza nazwa miejscowości na świecie – Å

Naszym pierwszym przystankiem w miejscowości Å jest tutejsza piekarnia Bakeriet i Å, specjalizująca się w pieczeniu bułeczek cynamonowych. Będąc w centrum, skręcamy w kierunku białego, drewnianego domku i znajdujących się obok ławek. Wchodząc do środka, mijamy pierwszą część piekarni, w której właściciele urządzili małe muzeum piekarnictwa, wyposażone w różne stare urządzenia, takie jak: stare wagi, narzędzia piekarnicze czy pojemniki na mąkę i sól, otaczające nas z każdej strony. Robię krótki film oraz zdjęcia tak wspaniale zaaranżowanemu wnętrzu.

W następnym pomieszczeniu znajduje się już właściwa lada sprzedażowa oraz obsługa. Oprócz wspomnianych bułeczek można zamówić kawę czy kupić jeden z wielu wypiekanych tutaj chlebów.

Centrum Å

Zamawiamy po kawie i bułeczce, płacąc za taką przyjemność 160 koron norweskich. Po krótkiej chwili oczekiwania otrzymujemy nasze zamówienie i siadamy na ławkach obok piekarni.

Co więcej, jako podkładkę do jedzenia dostajemy papier, na którym wydrukowany jest przepis na cynamonki w języku norweskim i angielskim, dzięki czemu możemy sobie je samemu przygotować w domu. W zasadzie po raz pierwszy z czymś takim spotkałem i jestem pod wrażeniem, że piekarnia z ponad stuletnią tradycją nie trzyma swojego przepisu w tajemnicy. Oczywiście w pierwszej chwili zamiast lektury pałaszujemy nasze śniadanie.

Muszę przyznać, że były to jedne z lepszych bułeczek cynamonowych, jakie jadłem! Jeśli będziecie szukać idealnego miejsca na śniadanie w Å, to z przyjemnością mogę polecić ten lokal.

Pobudzeni kawą i bogatsi o niezbędne węglowodany wyruszamy na krótki spacer po miejscowości. Obok piekarni znajduje się muzeum kawy oraz nieco dalej sklep z pamiątkami, w którym można również kupić kawałki suszonego dorsza czy napoje z lodówki. W niedzielę oczywiście nie możemy zakupić żadnego alkoholu, ponieważ w całej Norwegii obowiązuje zakaz sprzedaży tego trunku w tym dniu. Ma to związek z surowymi obostrzeniami wprowadzonymi w pierwszej połowie XX wieku, które były odpowiedzią na problemy nielegalnego bimbrownictwa i postępującego alkoholizmu wśród mieszkańców, o czym przeczytacie tutaj. Naszą uwagę jednak nie przykuwają napoje wyskokowe, a wielka mosiężna kasa, która stanowi dekorację wnętrza sklepu.

Muzeum sztokfisza w Å

W Å znajduje się również muzeum sztokfisza, czyli wysuszonego mięsa dorsza.  Na pierwszy rzut oka wygląda lekko przerażająco, ale z biegiem czasu można się do nich przyzwyczaić, ponieważ można je spotkać na całym archipelagu. O milionach sztuk tych ryb wystawionych każdego roku na działanie mroźnego powietrza, świadczy wiele spotkanych przez nas tutaj rusztowań, przeznaczonych do suszenia sztokfiszów. Poniżej widać, że nie stronią one od zasad BHP.

W paszczy sztokfisza

Moskenes – prom i kemping

Po krótkim rekonesansie stwierdzamy, że jednak jest to bardzo mała miejscowość i warto pójść dalej w kierunku Moskenes, gdzie znajduje się prom, którym często turyści przybywają tutaj z Bodø, a także kemping. Idąc w tym celu główną drogą, musimy uważać na nadjeżdżające samochody, ponieważ często bardzo szybko wyłaniają się one zza ostrych zakrętów. Do tego ze względu na wąską jezdnię trzymają się mocno swojej prawej strony, dlatego też staramy się iść jak najdalej od asfaltu, o ile jest to możliwe. Sam o mały włos nie wpadam przez to do rowu, biegnącego wzdłuż drogi, potem jak przeważa mnie w tym kierunku mój ciężki plecak. Idąc bezpiecznie gęsiego możemy nacieszyć oczy urokliwymi domkami z porośniętą trawą na dachach.

Domki rodem z Wysp Owczych

Po drodze wstępujemy do jednego ze sklepów sieci Joker, czyli takich naszych delikatesów, zaopatrując się w artykuły spożywcze na dzisiejszy obiad oraz kolację, ponieważ nasz asortyment przywieziony z Polski, praktycznie się wyczerpał.

Ponadto, korzystając z okazji, kupuję wlepkę z maskonurem – małym ptakiem o charakterystycznym, kolorowym dziobie, przypominającym dziób tukana, tyle że znacznie krótszym. Odkąd wymarzyliśmy sobie podróż na Wyspy Owcze, gdzie występują, stały się naszymi ulubieńcami. Przyklejam więc z dumą mojego maskonura na swoją nerkę, niestety na tyle nieudolnie, że po dojściu do Moskenes, spostrzegam jego brak – cóż widocznie musiał gdzieś odlecieć.

Po przyjściu do Moskenes udajemy się w kierunku kempingu, jedynego w najbliższej okolicy, w którym wykupujemy nocleg. Za dwie osoby i namiot płacimy w sumie 280 koron norweskich, co wydaje nam się bardzo dobrą ceną, zważywszy na wyposażenie kempingu. Zajmuje on bardzo duży obszar i można w nim skorzystać z osobnej kuchni, pralni z suszarką, szeregu wiat, miejsc do grillowania, a nawet udać się do tutejszego pubu.

Kemping w Moskenes

Nie tracąc czasu, szybko rozbijamy swój namiot i zaczynamy przygotowywać obiad. Niestety, na kempingu meldujemy się około południa, a w tym czasie większość udogodnień jest zamknięta na czas sprzątania. Pozostaje nam przygotować jedzenie na naszej kuchence gazowej, po czym ustalamy plan na dalszą część dnia. Naszym celem zostaje zdobycie Reinebringen, czyli okolicznego szczytu, o którym wspominała nam Polka poprzedniego dnia w restauracji. Ciągle dopisuje świetna pogoda, dlatego też nie chcemy czekać ani chwili dłużej i zaraz po obiedzie meldujemy się na drodze. Tym razem idziemy asfaltem, biegnącym obok tunelu, więc możemy bez obaw o nasze bezpieczeństwo poruszać się na całej szerokości trasy.

Lofoty
Widok na trasie z Moskenes w kierunku Reine

Reinebringen – norweski Kasprowy

Po kilku kilometrach docieramy na miejsce startu, gdzie znajdująca się mapka przedstawia opis szlaku wraz z ostrzeżeniem, aby nie wyruszać w górę podczas złej pogody. Patrząc na niezmiennie od rana bezchmurne niebo, raczej nam to dzisiaj nie grozi.

Za to trasa wydaje nam się bardzo ciężka i żmudna, gdyż na mierzący 448 m szczyt, prowadzi ponad 1500 stopni kamiennych schodów, ułożonych tutaj przez nepalskich Szerpów. Wiszące nad wejściem na szlak charakterystyczne nepalskie flagi modlitewne, są zapewne pozostałością po ich pracy.

Pierwsza część szlaku, gdzie nie jesteśmy jeszcze na dużej wysokości, jest dosyć prosta, ale nużąca. Na trasie spotykamy mnóstwo turystów za całego świata, jednakże przypominają oni tłum idący na Krupówki i Morskie Oko, dokładnie tak jak to opisywała dzień wcześniej nasza rodaczka w restauracji.

Mniej więcej w połowie trasy wychodzimy ponad wysokość drzew, mając wreszcie okazję na podziwianie cudownego horyzontu nad morzem. Jest to jednak okupione zwiększającą się stromizną, a kolejne schodki pokonywane są przez nas z coraz większą zadyszką. Mimo że nie idziemy z pełnymi plecakami, tak jak to było jeszcze tydzień temu na Szlaku Królewskim w Szwecji, to same schody i ich ilość są dla nas dużym wyzwaniem. Na szczęście z naszą kondycją jest całkiem dobrze, ponieważ na szczycie meldujemy się po mniej więcej godzinie drogi.

Ze szczytowej grani wyłania nam się widok na znajdującą się po jej drugiej stronie miejscowość Reine, od której szczyt wziął nazwę. Widok ten jest nam bardzo dobrze znany, gdyż figuruje często na stronach poświęconych Lofotom. Sama grań jest dosyć szeroka, jednakże ze względu na dosyć dużą ilość osób znajdujących się na niej, musimy troszkę poczekać, aby znaleźć się w miejscach, skąd najlepiej zrobić zdjęcia. W międzyczasie, podsłuchując rozmowę grupy Amerykanów o maskonurach, dopytujemy, gdzie można je znaleźć na Lofotach. Okazuje się, że najbliżej znajdują się one na wyspie Andoya, położonej w północnej części Lofotów. Niestety musimy obejść się smakiem, ponieważ jest to dla nas za daleko, aby w tym czasie, jaki nam pozostał je zobaczyć. Na grani robimy sobie całkiem sporą sesję zdjęciową oraz kręcimy film.

Widok na Reine z Reinebringen

Schodząc, musimy uważać, ponieważ jest bardzo stromo, a margines błędu bardzo niewielki – wystarczy się pośliznąć na jednym ze stopni, a z dużej wysokości leci się na sam dół. Jadąc złapanym kilka dni później stopem, rozmawiamy ze Szwedem mieszkającym od lat na Lofotach, który był bardzo zdziwiony, że mieliśmy otwarty szlak, ponieważ w ostatnim czasie miał tam miejsce śmiertelny wypadek i na jakiś czas został zamknięty. Mieliśmy więc szczęście i bardzo dobrą pogodę, ale widząc, jak dużo różnych osób wychodzi na ten szlak, nie dziwię się w żadnym stopniu, że takie sytuacje się zdarzają. Szukając później informacji na ten temat, hitem okazał się dla mnie przypadek pewnej kilkuosobowej rodziny, która rozbiła się namiotem razem ze swoim psem na samej grani! Cóż, nie na darmo Reinebringen jest uznawane za jedną z najbardziej niebezpiecznych atrakcji całej Norwegii.

Widok na Bodo z archipelagu

Reine – polska miejscowość

Na szczęście meldujemy się na dole bez żadnego problemu, akurat w momencie, gdy pogoda zaczyna się pogarszać. Kontynuujemy swoją trasę, idąc w kierunku następnej miejscowości, czyli wspomnianego Reine, gdzie chcemy coś zjeść i napić się piwa po ciężkim trekkingu. Reine wita nas lekką mżawką, więc swoje pierwsze kroki kierujemy do miejscowego Centrum Kultury, gdzie oprócz możliwości zakupu biletów na wystawę stałą norweskiej artystki Evy Harr, możemy skorzystać z informacji turystycznej, sklepu, a nawet kawiarni.

Kasia zainteresowana była głównie informacjami na temat wypożyczalni rowerów znajdujacych na Lofotach, ja zaś udaję się do kawiarni, gdzie przeglądając menu powieszone na jednej ze ścian, usłyszałem polski głos. Okazało się, że również tutaj pracuje Polka, która rozmawiając z turystami także będącymi z Polski, tłumaczy im, że ostatnie dwa dni to początek i zarazem koniec lata na archipelagu. Mieliśmy więc bardzo dużo szczęścia, że udało nam się przyjechać tutaj akurat w tym krótkim okienku pogodowym.

Z Centrum Kultury udajemy się do jednej z kilku restauracji w Reine, gdzie oczywiście również spotykamy Polaków w charakterze pracowników. Zamawiamy po piwie i odpoczywamy po intensywnym trekkingu. Jesteśmy coraz bardziej głodni, dlatego też bardzo szybko zmieniamy miejscówkę i idziemy się na pobliską stację benzynową, gdzie zamawiamy po – a jakże inaczej – burgerze rybnym i kupujemy mrożoną pizzę na wieczór, skuszeni topionym serem widniejącym na opakowaniu.

Reine

KAMPING – PIZZA, PØSA PUB I ORKI

Wracając na kemping, jesteśmy bardzo zmęczeni, więc próbujemy łapać stopa, ale niestety jest już późno i ruch na ulicy robi się coraz mniejszy. Chociaż też nie dziwię się kierowcom, że się nie zatrzymują, ponieważ ilość odpowiednich miejsc, gdzie mogliby to bezpiecznie zrobić, jest tutaj mocno ograniczona. Będąc już na kempingu, w pierwszej kolejności sprawdzamy, czy prysznice i kuchnia są już otwarte, po czym ja biorę się za przygotowywanie pizzy, a Kasia korzysta z prysznica. Na szczęście w kuchni znajduję piekarnik, jednak ze względu na później porę i sporą ilość osób przygotowujących jedzenie, muszę uzbroić się w cierpliwość. W międzyczasie pojawia się Kasia, a ja udostępniając piekarnik kolejnej osobie, wykładam na nasze talerzyki zasłużone kawałki włoskiego placka. Wcinamy je momentalnie, uzupełniając utracone kalorie.

Po kolacji, myjąc naczynia obok pralni, przed nami wyłania się piękna tęcza, świecąca nad horyzontem i opadająca do morza. Właśnie dla takich widoków tutaj przyjechaliśmy. Na koniec dnia udajemy się na chwilę do pubu, gdzie starszy, posiwiały norweski barman, serwuje kolejne piwa i drinki. Bierzemy po piwie i siadamy w tym małym, ale klimatycznym miejscu z przygrywającą w tle muzyką. Brakowało nam takich luksusów na Szlaku Królewskim, jednakże mają one swoją cenę, gdyż jedno piwo kosztuje tutaj prawie sto koron norweskich.

Wracając do namiotu, idziemy kawałek dalej, podziwiając lekki zachód słońca oraz obserwując morze w poszukiwaniu pływających orek. Kasi udaje się zobaczyć płetwy grzbietowe kilku z nich, ale zmęczeni trudami całego dnia, wracamy po chwili do namiotu i bardzo szybko kładziemy się spać.

Prognoza na kolejny i dzień na Lofotach przewiduje lekkie załamanie pogody, więc z jednej strony jesteśmy trochę zawiedzeni, ale z drugiej cieszymy się, że cały dzień będziemy mogli spędzić w namiocie i najzwyczajniej w świecie odpocząć jeden dzień od podróży.

Koniec drugiej cześci!

Podobne wpisy