Delta Dunaju w Rumunii, gdzie Dunaj wpada do morza – Sulina
Delta Dunaju, Dobrudża – z wizytą na zamku Enisala
Wyjeżdżając z Plaja Vadu w okolicy Konstancy, kierujemy się dalej na północ Dobrudży, historycznej krainy, której cześć południowa znajduje się w granicach Bułgarii, a środkowa i północna w Rumunii. W jej skład wchodzi również cała Delta Dunaju – bagnista równina poprzecinana całą masą kanałów i zbudowana z osadów rzecznych, które ciągle zmieniają krajobraz rzeki. To tam chcemy dzisiaj dotrzeć, przemierzając szerokie, zielono-żółte równiny Dobrudży o stepowym charakterze.

Za Babadag, miasteczka znanego z tytułu jednej z książek Andrzeja Stasiuka, odkrywamy przepięknie położone ruiny zamku Enisala. Sięgająca czasów Bizancjum warownia została przejęta od Genueńczyków przez Hospodarstwo Wołoskie pod koniec XIV wieku. Wiek później tereny te wraz z zamkiem zajęli Turcy, co wraz z odcięciem zamku od Morza Czarnego przez zamulenie zatoki, spowodowało, że forteca utraciła znaczenie strategiczne i od tego czasu nie jest wykorzystywana.


Wejście na zamek, nazywany także Heracleea, kosztuje 10 zł, co jest niewygórowaną kwotą. Zaraz za wejściem jest mały budynek, w którym można poczytać więcej o historii fortecy i całej Dobrudży. Warto zobaczyć ruiny tego średniowiecznego zamku nie tylko ze względów historycznych. Jego przepiękne położenie, z widokiem na największe jezioro Rumunii – Razim, rozpościerające się na wschód od niego, jest miłym przerywnikiem na drodze do Delty Dunaju. Obok znajduje się jeszcze jezioro – Babadag.


Starowiercy (Raskoł) – ruskie tradycje w Delcie Dunaju
Zmierzając do kempingu w Delcie Dunaju, przejeżdżamy przez wsie zamieszkiwane przez Lipowan, rumuńskich starowierców, w języku starocerkiewnym nazywanych raskolnikami. Jest to odłam prawosławia, powstały w XVII wieku, gdy Staroobrzędowcy sprzeciwili się reformie liturgicznej, upodabniającej ją do greckiej. Jej kluczowym punktem jest wiara w III Rzym – Moskwę, dlatego też nie do pomyślenia było dla nich przyjmowanie wzorców od innych. Cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy we wsi Sarichioi ma charakterystyczne dla rosyjskich świątyń złote kopuły oraz ich „cebulasty” kształt.


Wieczorem dojeżdżamy do kempingu nad jeziorem Murighiol, gdzie korzystamy z całkiem dobrze wyposażonej łazienki i altanki, w której mieści się kuchnia. Wychodząc z łazienki, widzimy przelot tutejszych gwiazd Delty Dunaju, czyli różowych pelikanów, odlatujących co roku na przełomie września i października do Afryki lub północnych Indii. Żeby je zobaczyć z bliska, najlepiej wykupić specjalną wycieczką w głąb delty, dostępną u właścicieli kempingu. My jednak decydujemy się na rejs promem z Tulczy.

Na kempingu jest dużo motocykli i kamperów. Jeden z motocyklistów opowiada długą historię o swojej jeździe trudną Trasą Transfogarską, gdzie i my mieliśmy swoje przygody. Po kolacji meldujemy się w namiocie, postawionym obok ogrodzenia. Kasia zauważa na nim w nocy ogromnego pająka, więc musiałem przestawić samochód, zasłaniając namiot od płotu z małym spidermanem, tak abyśmy mogli spokojnie zasnąć.

Tulcza – port, gdzie zaczyna się rejs Deltą Dunaju do Suliny
Rano zbieramy się z Murighiol, mając przed sobą ok. 45 minut jazdy do Tulczy. Tam chcemy załapać się na rejs Deltą Dunaju w kierunku Suliny. Statek mołdawskiej firmy Navrom Delta wypływa o 13.30, a sam rejs trwa kilka godzin. Powrót jest następnego dnia o 7 rano, a koszt promu to ok. 50 złotych w jedną stronę za osobę. Po wejściu na statek odpływamy punktualnie, zostawiając za sobą Tulczę, w czasach rzymskich nazywaną Aegysso.

Tulcza to najdalej na wschód wysunięta miejscowość Rumuni, dostępna tylko drogą wodną, dlatego też widzimy mnóstwo kutrów i łodzi przycumowanych do brzegu. Na statku, oprócz miejscowych i turystów, przewozi się także wszelkiego rodzaju towary – od sprzętów AGD po ziemniaki. Wypływając z portu w Tulczy, widzimy za sobą Pomnik Niepodległości górujący nad miastem, który został wzniesiony jako hołd dla żołnierzy walczących o wyzwolenie Rumunii spod panowania Imperium Osmańskiego.

Na brzegach Dunaju widzimy pastwiska pełne bydła, czasami schodzącego do rzeki, jak do swojego własnego wodopoju. Zdarzają się też kozy, leniwie snujące się po nabrzeżu. Pomalowane w kolorze błękitu krokwie tutejszych domów, wraz z ich ogrodzeniami i trapami w formie kładek, tworzą bajkową scenerię tego miejsca. Obok nas przepływają również ogromne statki towarowe, które swoimi głośnymi silnikami trochę psują sielankowy klimat rejsu Dunajem.

BraTul Sulina – ujście Delty Dunaju do Morza Czarnego
Brzegi Dunaju robią się coraz bardziej kamieniste, a dopływając do wioski Crisan, w oddali widzimy tereny wsi Caraorman, na której bagnach dyktator Caucescu realizował jeden ze swoich najdziwniejszych pomysłów. Postanowił wybudować tutaj hutę szkła, która jednak nie została dokończona i wraz z osiedlem stoi opuszczona. Nad brzegiem widzimy również pozostawione, zniszczone domy jednorodzinne. Zdarzają się także dobrze zachowane domki, ale wyglądają jakby zastygły w czasie.



Przepływające przy brzegu małe łódki są miłym kontrastem dla wielkich jednostek, stąd obserwuję uważnie, jak uderzają o nie fale. Łódki będące bliżej promu muszą się zatrzymać, aby fale nie wywróciły je dnem do góry. Płynąc dalej w głąb rzeki, zadziwia nas całkowita elektryfikacja wiosek, położonych na Delcie Dunaju, którą najlepiej widzimy, zostawiając za sobą długi pas wielkich słupów elektrycznych.

Dopływamy do Brațul Sulina – środkowego i najkrótszego ujścia Dunaju, jednego z trzech obok Killi i Świętego Jerzego. Niosący zaledwie 12% wód całego Dunaju kanał, mierzy ok. 71 km długości. W Brațul Sulina krajobraz pustoszeje z budynków, a na brzegach zamiast kamieni przybywa zieleni. Czasami przepłynie jakaś motorówka, co na tle zachodzącego słońca, wygląda jak kadr z filmu „Czas Apokalipsy”, klasyka filmu przedstawiająca wojnę w Wietnamie.

Sulina zatrzymana w czasie – na krańcach Delty Dunaju
Po kilku godzinach rejsu dopływamy do portu w Sulinie, z którego kierujemy do kempingu. Idziemy drewnianymi chodnikami wzdłuż wybrukowanej drogi, która następnie zamienia się w piaszczystą, szeroką ścieżkę. Dziwny i tajemniczy klimat Suliny odkrywamy w pełnej krasie, widząc nagle krowę, wyłaniającą się z trawy, a raczej z zapuszczonych krzaków. Nasza biała krasula nie ma nawet żadnego łańcucha, mając do swojej dyspozycji ogromny teren.

Na plażę w Sulinie dochodzimy na sam zachód słońca. Wchodzimy po krętych schodach na wieżę obserwacyjną, z której podziwiamy coraz bardziej różowiejące niebo. Po drugiej stronie morza dostrzegam światła Odessy, a dalej Krymu. Na Plaja Sulina robimy sobie zdjęcia i świętujemy pokonanie Rumunii z zachodu na wschód. Wcześniej, meldując się na kempingu Sulina Beach Camping, zostaliśmy poczęstowani palinką, która teraz rozgrzewa nas nad zimnym i wietrznym Morzem Czarnym.

W kempingu natrafiamy na obywatela Hiszpanii, który wybrał się w podróż po Europie Wschodniej. Pomaga właścicielom kempingu, młodemu małżeństwu, wykończyć budynek. Okazuje się bardzo inteligentnym człowiekiem, znającym historię Europy, w tym nawet naszego kraju! Rozmawiamy o hiszpańskim generale Franco, a także o zagrożeniu ze strony Rosji, co okazało się złym proroctwem po zaledwie kilku miesiącach od naszej rozmowy.

Dopijamy pozostawioną przez gospodarza butelkę, żegnamy naszego towarzysza i zbieramy się przed nadciągającym deszczem. Korzystamy jeszcze z oryginalnego prysznica, znajdującego się pod chmurką, gdyż kemping jest w fazie początkowej budowy. Kładąc się spać, sprawdzam prognozy, które nie są optymistyczne. Do rana ma padać mocny deszcz i bardzo mocno wiać. Szykuje się sztorm, co zakłóci leniwy, ale też niepokojący spokój Suliny – tajemniczego, ale też bardzo klimatycznego miasteczka w Delcie Dunaju.

Zobacz inne nasze wyprawy:

