Moldoveanu (2544m) – najwyższy szczyt Rumunii w jeden dzień
Offroadowy wjazd na Stana lui Burnei doliną Valea Rea
Z kempingu oddalonego kilka kilometrów od Curtea de Arges – najbliższego miasteczka w okolicy – ruszamy wcześnie jak na nas, bo o 6 rano. Dzisiaj mamy zamiar zdobyć Moldoveanu, najwyższy szczyt Rumunii mierzący 2544 metry. Jest to nieco więcej, niż mierzą Rysy, na których, o dziwo, jeszcze nie stanąłem. Cóż, widocznie będę szybciej na najwyższym szycie całych Karpat, niż na tatrzańskim szczycie, górującym nad Morskim Okiem.
Noc spędziliśmy na kempingu Agres, położonym nad jeziorkiem Zigoneni – nazwie, która mogłaby być śmiało rumuńską wersją amerykańskiego serialu Zagubieni. My zdecydowanie byliśmy mocno zagubieni poprzedniego dnia, po naszym późnym powrocie z Trasy Transfogarskiej. Wieczorem nie zdążyliśmy posiedzieć dłużej w przestronnej kuchni na kempingu, czy nawet zwiedzić okolicy. Nazajutrz też nie było na to czasu, ponieważ mieliśmy przed sobą około 2,5 godziny drogi – z Agres do Stâna lui Burnei – najwyżej położonego punktu, gdzie da się dojechać, znajdującym się na północny wschód od szczytu.
Początkowo przemierzamy w pięknym słońcu rumuńskie szosy, wyjeżdżając najpierw z Curtea de Arges, a następnie kierując się znakami na Nucşoarę. Po pół godziny drogi natrafiamy na pierwszą przeszkodę na drodze, albo raczej wiele przeszkód, ponieważ wielkie stado owiec przetacza się koło naszego auta, idąc z naprzeciwka ze swoimi pasterzami w góry. Każda z nich oznaczona jest charakterystyczną czarną i rudawą farbą na grzbiecie. Obok nich latają wściekle dojadające pasterskie psy. Dosłownie wściekle, gdyż uznawane są w całych Karpatach za większe zagrożenie od niedźwiedzi. Potrafią rzucić się na człowieka i solidnie go poturbować. Na szczęście samochód chroni nas przed ich dużymi i ostrymi kłami.

Po około połowie drogi z 70 kilometrów, jakie mamy do pokonania, nierówny i czasami dziurawy rumuński asfalt, zamienia się najpierw na szuter, a później na drogę szutrowo-kamienistą. Z każdy kolejnym metrem z coraz większym naciskiem na ten drugi człon. Początkowo jedziemy wzdłuż rzeki Slatina, którą mamy po swojej prawej stronie, a następnie mijamy dziką polanę biwakową nad szerokim rozlewiskiem rzeki. Później droga jest coraz trudniejsza. Kamienie robią się coraz częstsze, a co gorsza także większe i ostrzejsze. Mijamy je powoli slalomem, przez co nasze tempo nie jest najszybsze.

Na większości odcinków jadę z prędkością od 10 do 20 km na godzinę, dlatego do celu docieramy dopiero około 8.30. Muszę przyznać, że jazda w takim tempie i w takim terenie jest bardzo wyczerpująca fizycznie. Zwłaszcza ostatnie metry przed parkingiem były bardzo trudne, gdyż musieliśmy na chwilę stanąć, aby sprawdzić, czy na pewno przejedziemy bez szwanku. Na szczęście udało nam się dotrzeć na parking przed polaną bez żadnych uszkodzeń. Oprócz nas jest już sporo samochodów, większość terenówek, ale udaje nam się znaleźć miejsce na skraju ulicy. Nie czekając zbytnio, zabieramy nasze rzeczy i ruszamy na szlak.
Niebieskim szlakiem na Moldoveanu przez Curmătura Pojarnei
Moldoveanu jest często zdobywane, idąc szlakiem z jeziora Balea, znajdującym się na Trasie Transfogarskiej, które wczoraj mieliśmy okazję zobaczyć. Jest to ponoć piękny i malowniczy szlak, jednakże nie decydujemy się nim iść, z uwagi na konieczność poświecenia dwóch dni na jego pokonanie. Natomiast szlak ze Stana lui Burnei przez dolinę Valea Rea jest jednodniowy, dzięki czemu mogliśmy już wcześniej poszukać noclegu na kempingu w okolicy, nie martwiąc się, że będziemy musieli iść w góry z namiotem.

Pogoda jest wyśmienita. Mimo wczesnej pory z doliny widzimy piękne granie rumuńskich Gór Fogarskich. Przypominają na pierwszy rzut oka nasze Tatry Zachodnie, tyle że są sporo wyższe, bo te tutaj mierzą od 2000 m wzwyż. Nie decydujemy się iść czerwonym szlakiem, prowadzącym wzdłuż wodospadu o tej samie nazwie jak dolina, którą idziemy, a więc Valea Rae. Zaraz z asfaltu odbijamy w lewo w kierunku świerkowego lasu i idziemy szlakiem niebieskim prowadzącym przez szczyt o nazwie Galbena.

W lesie staramy się być cały czas głośno, aby odstraszyć niedźwiedzie, które w tych terenach nie boją się zbytnio człowieka. Niestety zostały tak wychowane przez turystów, którzy notorycznie je karmili, zachęcając tym samym miśki do samowolnych wypadów za jedzeniem turystów odwiedzających Fogarasze. Puszczamy więc głośno muzykę z telefonu, robimy ciężkie i szeleszczące kroki, a nawet uderzamy plastikowymi butelkami z wodą, aby żaden miś do nas się nie pofatygował. Po godzinie takiej zabawy w lesie wychodzimy na rozległą polanę Curmătura Pojarnei, znajdującą się na wysokości 2045 m. Znajdując się koło małego wodospadu, którego wody spływają wśród rosnącej wokół kosodrzewiny, podziwiamy żółto – rudawo – czerwone trawy rosnące dookoła nas.

Na polanie zauważamy kozice, wędrujące w pełnym słońcu, z charakterystyczną dla siebie gracja, w stronę jeziora Galbena. Udaje się na chwilę przykuć ich uwagę, jednocześnie nie budząc w nich strachu, dzięki czemu możemy im zrobić kilka zdjęć.

Ruszając się tej bajkowej scenerii, idziemy trochę ponad godzinie, docierając nad pierwsze jeziorka na trasie, w tym największe z nich – Lacul Galbena. Będąc w tej okolicy, można poczuć się przez chwilę, jak człowiek eksplorujący Czerwoną Planetę. Czerwone jak marsjański pył kwiaty czy woda w kolorze jadeitowym odbijająca góry w swoim zwierciadle czynią to miejsce iście magicznym. Wychodząc na główną grań, łapiemy chwilową zadyszkę. Coraz bardziej grzejące słońce zmusza nas do chwili przerwy na łyk wody i jedzenie.



Wejście na Moldoveanu najwyższy szczyt Karpat i Rumunii
Wychodząc na grań, widzimy przed sobą wierzchołek Moldoveanu, a po drodze na najwyższy szczyt Rumunii zdobywamy jeszcze górę Galbena, mierzącą 2419 m n.p.m. Nawet w Tatrach jest to już pokaźna wysokość, a zaczynaliśmy przecież z polany Stana lui Burnei, położonej na wysokości około 1400 metrów. Pokonanie tysiąca metrów zajęło nam więc ledwie kilka godzin, co jest dobrym prognostykiem przed kolejnymi podejściami. W zasadzie czeka nas jeszcze jedno duże pod sam szczyt i kilka mniejszych po drodze. W międzyczasie możemy spokojnie podziwiać już nie tylko dolinę Valea Rea leżącą po naszej prawej stronie, ale także drugą położoną na zachód od niej.

Na grani Fogarasze odsłaniają nam swoje oblicze w całej okazałości. Piętrzące się jedna za drugą kolejne granie, tworzą niesamowitą mozaikę zielono-zółto-czerwonych kolorów. Można się rozpłynąć w zachwytach na otaczającym nas krajobrazem. Na grani łączą się także dwa szlaki, przez co spotykamy coraz więcej osób, a nawet większe grupy turystów. Naszą uwagę przykuwa grupa sióstr zakonnych, twardo wspinająca się w swoich codziennych strojach w górę. Nie wydają się Rumunkami, gdyż bardziej mówią po rosyjsku. W Rumunii mieszka grupa Rosjan, tzw. starowiercy, więc nie byłby dziwnym fakt, że siostry właśnie należały do tej części kościoła prawosławnego.

Po półtorej godziny drogi pokonanej od jeziora Galbena dochodzimy do podejścia na Moldoveanu. Wreszcie robi się trochę trudniej, ponieważ szlak prowadzi nad wielką przepaścią, znajdującą się po jego prawej stronie. Nie stanowi to jednak zbyt wielkiego problemu, gdyż po drugiej stronie grani jest spora, choć bardzo stroma polana. Samo podejście nie jest zbytnio wymagające, jedynie kilka razy robi się ciaśniej, ale to ze względu na spory ruch na szlaku. Po zaledwie 4 godzinach drogi od wyjścia z parkingu meldujemy się na najwyższym szczycie Rumunii i całych Karpat! Zdobyliśmy mierzący 2544 metry szczyt zaliczany do Korony Europy!

Na wierzchołku czeka na nas tak jak poprzednio w Apuszenach rumuńska flaga. Obok niej robią sobie zdjęcia turyści, mając w tle jedne z największych gór w Europie – Góry Fogaraskie. Też chcemy cyknąć kilka fotek, więc stoimy grzecznie w kolejce, próbując dostrzec stad Trasę Transfogarską i jezioro Balea, ale niestety nieskutecznie. W końcu udaje nam się dopchać do flagi i prosząc napotkaną parę turystów o zrobienie nam zdjęcia telefonem, stajemy przy niebiesko – żółto – czerwonej fladze. Robimy sobie także nawzajem kilka zdjęć, które doskonale oddają wysokość, na której byliśmy.

Zejście z Moldoveanu przez górę Galbena w Fogaraszach
Powrót następuje dosyć szybko, ponieważ chcemy być jak najwcześniej na parkingu, aby zjechać na kemping jeszcze za dnia. Wracając mimo zmęczenia, jesteśmy w świetnych humorach. Za szczytem Galbena robimy krótką przerwę na jedzenie, gdzie ubieramy kurtki ze względu na wzmagający się wiatr. Nadciągające chmury trochę nas niepokoją, ale w sumie znajdują się daleko i bardzo pięknie dają swój cień na górskie zbocza. Będąc ponownie na polanie Curmătura Pojarnei, robimy kolejną sesję fotograficzną.

Schodząc już w kierunku lasu, kolejny raz hałasujemy, czym się da, aby odstraszyć misie. To jednak nie na naszym szlaku, a na czerwonym, biegnącym równolegle do niebieskiego po wschodnie stronie doliny, dochodzi do częstej w Rumunii sytuacji. Ktoś, być może obawie przed niedźwiedziem wypuścił petardę, której huk zagłuszył okolicę. My również zaopatrzyliśmy się w petardy przed wyjazdem, ponieważ są bardzo dobrą bronią przeciwko niedźwiedziom, które boją się hałasu. Na szczęście po tym zdarzeniu unikamy tych zwierząt do końca szlaku.

Na dole jesteśmy wyczerpani. Jest około 16. Biorę lekką kąpiel w rzece i ruszamy w dół, póki jeszcze jest widno. Z powrotem jedzie się podobnie ciężko jak wcześnie, a nawet ciężej, bo zmęczenie daje o sobie znać. Resztkami sił docieramy na kemping, gdzie spędzimy noc. Jest to nowy kemping, budowany od podstaw, ale za całkiem nowoczesnym zapleczem – dużą otwartą kuchnią i przylegającym do niej sanitariatem z prysznicami. Robimy zakupy na grilla w pobliskim w sklepie i w celu świętowania zdobycia szczytu zaopatrujemy się w palinkę – tutejszy bimber, płacąc jedynie 10 zł za 0,5 litra przeźroczystej cieczy w plastikowej butelce. Palinkę zdobywamy od Rumuna robiącego zakupy, którego wcześniej zagadujemy w tej sprawie.
Na kempingu w kuchni po kilku łykach palinki wracają nam siły. Niespodziewanie poznajemy podróżników z krajów Beneluksu, którymi okazują się dwie pary. Jedna z Holandii, druga natomiast z Belgii. Też podróżują po Rumunii, więc wymieniamy się doświadczeniami, ale nie tylko nimi. Częstują nas kieliszkiem limoncello, a my ich naszą palinką. Oczywiście z pojedynku zwycięsko wychodzi palinka, która po kilku kieliszkach przypomniała mi o tym, że dzisiaj pokonałem ponad 1000 metrów przewyższenia, prawie 9 kilometrów trasy i 4 godziny jazdy autem w iście offroadowych warunkach. Za nami ciężka trasa, a przede mną ciężki poranek. Jutro chcemy wyjechać do Bukaresztu, więc będę się musiał szybko pozbierać po świętowaniu, ale o tym już w kolejnym wpisie.

Na kempingu w kuchni po kilku łykach palinki wracają nam siły. Niespodziewanie poznajemy podróżników z krajów Beneluksu, którymi okazują się dwie pary. Jedna z Holandii, druga natomiast z Belgii. Też podróżują po Rumunii, więc wymieniamy się doświadczeniami, ale nie tylko nimi. Częstują nas kieliszkiem limoncello, a my ich naszą palinką. Oczywiście z pojedynku zwycięsko wychodzi palinka, która po kilku kieliszkach przypomniała mi o tym, że dzisiaj pokonałem ponad 1000 metrów przewyższenia, prawie 9 kilometrów trasy i 4 godziny jazdy autem w iście offroadowych warunkach.
Za nami ciężka trasa, a przede mną ciężki poranek. Jutro chcemy wyjechać do Bukaresztu, więc będę się musiał szybko pozbierać po świętowaniu, ale o tym już w kolejnym wpisie.

Zobacz inne nasze wyprawy:

